piątek, 18 lipca 2014

Wojciech Załuski: Przeciw rozpaczy. O tragicznej wizji świata i sposobach jej przezwyciężania.



W pierwszych miesiącach moich studiów filozoficznych (a było to już jakiś czas temu), omawiając historię filozofii starożytnej, dowiedziałem się na jednym z wykładów, że w gruncie rzeczy filozofowie od lat zmagali się z jednym najważniejszym pytaniem: Jak żyć? (I nie chodzi tu bynajmniej o jego wersję egzystencjalno – polityczną: Jak żyć Panie Premierze?.) Jak żyć, czyli jak postępować, do czego dążyć, co uznawać za ważne, dobre, a co za zbędne lub szkodliwe. W zasadzie można zaryzykować tezę, że wszystkie zmagania filozoficzne w  jakimś sensie podporządkowane są temu pytaniu. Aby wiedzieć jak żyć chcemy wiedzieć co istnieje (ontologia), chcemy wiedzieć jak poznajemy świat (epistemologia), chcemy wiedzieć co jest piękne (estetyka), chcemy wiedzieć co jest dobre (etyka), itd. Tak właśnie powstawały pierwsze systemy filozoficzne, które w kontekście tych szczegółowych refleksji nad światem, testowały wytyczne co do sposobu naszego w tym świecie bytowania. Wydaje się, że współczesna filozofia zarzuciła próby odpowiedzi na to podstawowe pytanie, skupiając się na zagadnieniach szczegółowych. Może po trosze ze względu na umiarkowaną owocność proponowanych odpowiedzi, a może ze względu na to, że stawały się one tylko kolejnymi wersjami propozycji zredagowanych już uprzednio. Próba odpowiedzi na to pytanie to według Załuskiego, autora Przeciw rozpaczy. O tragicznej wizji świata i sposobach jej przezwyciężenia, książki wydanej nakładem Copernicus Center Press, przedmiot etyki sensu largo, trochę już zapomnianej. Współcześnie bowiem etycy ograniczają zakres swoich dociekań raczej do zbioru norm i sposobu ich uzasadniania. Autor wraca zatem do tego podstawowego pytania i prezentuje nam różne propozycje odpowiedzi począwszy od Epikura, poprzez stoików, buddystów i zakończywszy na filozofii chrześcijańskiej.
Dlaczego jednak odpowiedź ma być przezwyciężaniem tragicznej wizji świata? Punktem wyjścia bowiem jest obserwacja, iż od samego początku istnienia dojrzałej refleksji na ludzkim losem, obecne jest pewne napięcie wynikające z, poniekąd sprzecznych lub pozornie sprzecznych konkluzji. U ich podstaw tkwi rzecz jasna bolesna świadomość śmiertelności i przemijania, ale nie jest ona wyłącznym elementem owej tragicznej wizji świata. W otwierającej książkę, wersji homeryckiej (równie dobrze można by powiedzieć: klasycznej), na ów tragizm składa się przekonanie o „nędzy kondycji ludzkiej” napawające smutkiem szczególnie w zestawieniu z estetycznym doświadczeniem piękna ludzkiego życia w znaczeniu poza-moralnym, przekonanie o niezgodność tzw. wysokich wartości (o nieuchronnym konflikcie wartości) oraz przekonanie o istnieniu kosmicznej sprawiedliwości. Element „nędzy kondycji ludzkiej” jest wspólny także dla wizji nitzscheańskiej i egzystencjalnej.
Naturalną odpowiedzią na tragizm jest rozpacz. Nie jest to jednak odpowiedź godna filozofa. Filozof próbuje bowiem nadać owemu tragizmowi rysy uzasadniające naszą egzystencję. Na przestrzeni wieków czyniono to w przeróżny sposób. Począwszy od postawy, którą Załuski nazywa „heroiczną afirmacją”, a polegającej na odrzuceniu rozpaczy jako adekwatnej odpowiedzi na tragizm, poprzez odrzucenie lub modyfikację poszczególnych założeń tragicznej wizji świata, a skończywszy na odrzuceniu lub modyfikacji określonych implikacji tej wizji. I tak czytelnik prowadzony jest od starożytnych Greków i postawy homeryckiej, poprzez afirmację proponowaną przez egzystencjalistów, odrzucenie tez o tragizmie proponowaną przez epikureików, stoicką obojętność i modyfikację założenia o poza-moralnym pięknie życia, buddyjskie wyrzeczenie podparte przeświadczeniem o bolesności i złudności życia ludzkiego, a skończywszy na chrześcijańskiej nadziei eschatologicznej. Warte pokreślenia jest przy tym także i to, że każda z tych filozofii jest poddana dokładnej analizie, poprzedzonej de facto wykładem z jej podstaw. Korzyść z lektury odniesie zarówno poszukujący odpowiedzi na podstawowe pytanie etyczne, jak i ktoś poszukujący dobrze przedstawionej wiedzy na temat poszczególnych kierunków filozoficznych. Załuski wykazuje także, że proponowane odpowiedzi na tragiczną wizję świata pozostają zadziwiająco aktualne, i czy jesteśmy tego świadomi czy nie, to wiele intuicji prezentowanych przez nas na co dzień znajduje swoje źródła w tychże filozofiach. Czytelnik dowie się także jaka krytyka podnoszona była w odniesieniu do poszczególnych postaw, i które spośród prezentowanych tez wydają się autorowi niespójne.
W ostatnim rozdziale, poświęconym chrześcijańskiej nadziei, jest także obszerny zestaw rozważań, którego tytuł w żaden sposób nie zapowiada i który przedstawia wartość samą w sobie. Znajdujemy tam bowiem systematyczną prezentację argumentów za i przeciw naturalizmowi ontologicznemu, albo rzecz ujmując nieco trywialnie, za i przeciw ontologicznej wizji świata z Bogiem i bez Boga. Zestaw tych argumentów jest o niebo bogatszy niźli to co możemy odnaleźć w Bogu urojonym, Dawkinsa. To znakomita intelektualna uczta dla tych których problem ten fascynuje i którzy chcieliby pogłębić w tym kierunku swoją wiedzę.
Na fali zalewających rynek publikacji „mądrościowych”, w których autorzy z mniejszym lub większym autorytetem próbują przedstawić czytelnikowi swój zestaw wskazań, co do „dobrego życia”, książka Załuskiego znakomicie się wyróżnia. Ktoś kto będzie tu szukał poezji, opowieści o nędzy ludzkiej egzystencji i przemijaniu, tudzież różnego rodzaju duchowych pouczeń, srodze się zawiedzie. To kawał dobrej, filozoficznej i analitycznej roboty, gdzie niewiele jest gotowych odpowiedzi, ale jest znakomity materiał na samodzielną refleksję. 

 Przeciw rozpaczy. O tragicznej wizji świata i sposobach jej przezwyciężania

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Test Rorschacha, czyli czy psychologowie dają plamę?


W znanym, zwłaszcza młodszemu pokoleniu filmie Strażnicy (Watchmen)  widzowie spotykają się z intrygującą postacią Rorschacha, występującego w kostiumie, na którym pojawiają się nieregularne plamy atramentowe. Ta tragiczna postać jest bezpośrednim nawiązaniem to jednego z najbardziej znanych w kulturze masowej psychologicznych testów projekcyjnych – tzw. testu Rorschacha, wykorzystywanego m.in. w diagnozach sądowych.

W uproszczeniu test Rorschacha polega na prezentowaniu badanemu szeregu obrazków przypominających symetryczne plamy atramentowe, i na podstawie ich ustnej interpretacji wnioskowaniu o cechach mentalnych badanego. Sam bohater w jednej ze scen filmu zostaje poddany badaniu takim testem i widz może zaobserwować strumień myśli towarzyszący projekcji, co ma sugerować, że skojarzenia wywołane testem prawidłowo identyfikują jego cechy osobowości. Bohater jest  jednak w stanie zmanipulować wynik badania, podając odpowiedzi kompletnie nie adekwatne do owych skojarzeń. Przy czym filmowy Rorschach jest nieprzeciętnym super-bohaterem. Przeciętny śmiertelnik zostałby zapewne prześwietlony na wylot przez psychologa, który sprytnie interpretując podane skojarzenia dotarłby tym samym do najgłębiej skrywanych, może nawet nie uświadamianych pokładów osobowości badanego.  W ten sposób popkultura wzmacnia postrzeganie psychologa jako prawie-wszechwiedzącego szamana. A szamani są nam potrzebni - wiedząc więcej, zdają się wskazywać na ukryty porządek świata. 

Omawiany test jest jednym z najbardziej znanych testów projekcyjnych (czyli takich, w których badany nadaje konkretne znaczenie wieloznacznemu bodźcowi, co ma odkrywać nieuświadomione cechy jego osobowości), powszechnie stosowanych w psychologii; jest nadal wykorzystywany w praktyce klinicznej, mimo że liczy sobie prawie 100 lat. Czy rzeczywiście test Rorschacha posiada taką moc przenikania naszych umysłów? W niedawno wydanym drugim tomie książki Zakazana psychologia, dr Tomasz Witkowski krytykuje zarówno sam test jak i sposoby jego wykorzystywania, uznając uzyskiwane wyniki nie tylko za nietrafne, ale wręcz szkodliwe, zwłaszcza jeśli zależy od nich skazujący wyrok niezawisłego sądu. Jaka jest zatem faktyczna naukowa wartość diagnostyczna takich narzędzi? Zanim przejdę do omówienia poglądów Witkowskiego oraz innych psychologów, na których się powołuje, pozwolę sobie na kilka słów wprowadzenia bardziej ogólnej natury. Zastanówmy się przez chwilę jaką faktycznie nauką jest psychologia i jakie metody, w oparciu o jakie kryteria, możemy uznać za skuteczne lub trafne.

Czy psychologia jest nauką?

Stwierdzenie, że wszystkie nauki wywodzą się z filozofii, jest trywialne (oczywiście prawdziwe, choć może nie wszyscy by się z tym zgodzili). Kiedy powstają pierwsze współczesne teorie psychologiczne (ok. II połowy XIX wieku), fizyka, będąca podstawowym wzorcem nauk, jest już dobrze ugruntowana i ma wypracowaną metodologię. Jej kluczowym elementem jest sformułowanie hipotezy badawczej, odpowiednio skonkretyzowanej, najlepiej opisanej językiem matematyki, nadającej się do testowania empirycznego poprzez obserwacje lub eksperyment. W ten sposób powstawały najważniejsze teorie fizyki: dynamika Newtona, prawo ciśnień Pascala czy zasady termodynamiki Boltzmanna. Metodologia ta okazała się niesłychanie skuteczna w odkrywaniu praw świata przyrody. Jednak jej przełożenie na tzw. nauki społeczne było niesłychanie trudne. Zależności, które ujawniały się w tym obszarze, wydają się znacznie bardziej złożone, a przez to podatne na przypadkowe korelacje i całkowicie błędne wnioski. Socjologia, ekonomia, psychologia ale także i medycyna tworzona w tym okresie pełne  są fałszywych teorii, na podstawie których przeprowadzano, niejednokrotnie przez wiele lat, całkowicie nieskuteczne, a nawet szkodliwe terapie (zdaniem Witkowskiego aż tak wiele się do dzisiaj nie zmieniło). Jako typowe przykłady wskazuje się masowe diagnozowanie histerii u kobiet jako jednostki chorobowej, frenologię (diagnozowanie cech osobowości na podstawie kształtu czaszki), psychoanalizę Zygmunta Freuda, leczenie chorób psychicznych poprzez lobotomię, predykcje ekonomiczne Davida Ricardo czy Karola Marksa.

U podstaw tych, uznawanych dzisiaj za fałszywe, teorii, legł pewien specyficzny sposób uprawiania nauk społecznych. W miejsce eksperymentalnej metody i obserwacji uprawiano spekulację opartą na arbitralnych założeniach odziedziczonych po wcześniejszych systemach filozoficznych. Ale nie wszyscy tak postępowali. Od samego początku w psychologii, obok nurtu spekulatywnego, ujawnili się też badacze, którzy mniej bądź bardziej udolnie próbowali eksperymentować i na tej podstawie wyciągać jakieś wnioski.  Jako prekursorów wskazuje się Wilhelma Wundta, Iwana Pawłowa czy Barrhusa Skinnera. Nieco wcześniej pewien metodologiczny przełom, choć nie w psychologii, a w pokrewnej medycynie wprowadził doktor Ignaz Semmelweis, który w latach 1847/48 przeprowadził w oddziale położniczym szpitala w Wiedniu badania nad śmiertelnością kobiet w połogu. Nowatorstwo polegało na tym, iż nie rozumiejąc przyczyn badanego zjawiska, udało mu się poprzez zestawienie odpowiednio licznej próby ustalić statystyczne korelaty śmiertelności kobiet po porodzie i na tej podstawie postawić i przetestować trafną hipotezę o związku owej śmiertelności z przestrzeganiem zasad higieny. Badania te zapoczątkowały tzw. medycynę opartą na dowodach empirycznych oraz zrandomizowane (oparte na losowo dobranej próbie pacjentów) i ślepe (niwelujące efekt placebo) testy skuteczności określonych terapii medycznych. Współcześnie w medycynie jest to postulowany standard. Świadomie przy tym piszę „postulowany”, gdyż szereg terapii medycznych w testach zrandomizowanych nie wykazuje żadnej skuteczności, a mimo to są one nadal stosowane.

Nie jest to jednak standard w naukach społecznych, w tym także w psychologii. Wydaje się iż nadal z powodzeniem funkcjonują w obrębie tej nauki: nurt spekulatywny, w ramach którego powstają nieraz przez wiele lat uznawane teorie, oraz nurt eksperymentalny, który ma za sobą zapewne szereg pomyłek, oraz który boryka się z ujęciem wyników badań w spójne teorie, ale w ramach którego uparcie testuje się empirycznie naukowe lub pseudo-naukowe hipotezy, aby sprawdzić ich wiarygodność. Zwolennikiem tego drugie nurtu jest niewątpliwe dr. Witkowski oraz cytowani przez niego psychologowie, tacy jak Scott Lilienfield czy Robert Wood.

 

Metoda w nurcie eksperymentalnym wygląda następująco. Najpierw sięgamy do źródeł i próbujemy ustalić, skąd wzięła się określona teoria czy też terapia. Ustalenie, że jest ona wynikiem pozanaukowej działalności lub przypadkowego asymilowania amatorskich koncepcji do świata nauki, już samo w sobie jest przesłanką do sceptycyzmu. W drugim kroku badamy, czy interesująca teoria kiedykolwiek była konfrontowana z tzw. danymi doświadczenia. Czy ma ona empiryczną podbudowę lub też czy testowano efekty jej stosowania, a jeśli tak, to jak testowano (w końcu test testowi nierówny)? Jeśli nie stwierdzamy ani jednego, ani drugiego, to mamy do czynienia z czystą spekulacją, która nawet nie jest uprawdopodobniona. Jak w świetle tej metody wypadają kleksy Rorschacha? Fatalnie. Za Witkowskim, przytoczę trochę historii.

O czym mówią plamy?

Herman Rorschach urodził się w u schyłku XIX wieku w Szwajcarii. Podobno przez kolegów nazywany był kleksem z powodu jego zamiłowania do kleksografii, zabawy polegającej na tworzeniu symetrycznych plam atramentowych. Wybierając swoją dalszą edukację, ponoć wahał się pomiędzy sztukami pięknymi a nauką. Ostatecznie ukończył medycynę w Brnie ze specjalnością psychologia. W tamtym czasie ogromną popularnością cieszyła się stworzona przez Freuda psychoanaliza. Rorschach połączył zatem jej główne założenia (badania podświadomych treści) ze swoim zamiłowaniem do plam atramentowych i rozpoczął pracę nad możliwościami dotarcia do pokładów nieświadomości badanych poprzez analizę skojarzeń, jakie wywołuje prezentowanie im plam. Freud i Jung w tym samym celu analizowali sny pacjentów.

Psychoanaliza jest współcześnie niemal powszechnie uznawana za pseudonaukę i to nawet nie dlatego, że jej twierdzenia nie znalazły potwierdzeni w empirycznych badaniach, ale dlatego, że w swojej klasycznej wersji nie jest w stanie zredagować twierdzeń, które w jakikolwiek sposób można by takim badaniom poddać. Innymi słowy, nie jest podatna na falsyfikację. Zlepek psychoanalizy i kleksograficznej sztuki już sam sobie budzi wątpliwości. Znalazły one wyraz w szeregu badań i publikacji naukowych (cytowanych przez Witkowskiego), gdzie pojawiły się m.in. następujące konkluzje.

Po pierwsze, rzetelność i trafność diagnostyczna testu Rorschacha  nigdy nie została empirycznie potwierdzona. W wielu badaniach diagnozy stawiane na jego podstawie okazywały się przypadkowe. Sposób ich redagowania przypominał natomiast tzw. zimny odczyt, tj. technikę prezentacji stosowaną przez wróżbitów i iluzjonistów, w celu przekonania adresatów, iż prezentujący posiada znacznie bogatszą wiedzę niż wynika to z samego przekazu.

Po drugie, autorzy krytycznie nastawieni, ale uznający częściową użyteczność testu do diagnozowania zaburzeń procesów myślowych, schizofrenii, częściowo (o dziwo) poziomu inteligencji, zwracają uwagę, iż do tych diagnoz wypracowano w psychologii i psychiatrii narzędzia dużo bardziej skuteczne. Poza tym test Rorschacha w praktyce stosowany jest w obszarach, do których się nie nadaje (np. do diagnozowania cech osobowości).

Po trzecie, wbrew obiegowej opinii, test ten jest silnie podatny na manipulacje. Można zarówno symulować schorzenie psychiczne, jak i je ukrywać. I nie trzeba w tym celu posiadać mocy super-bohatera, strażnika, Rorschacha.

Test Rorschacha jest tylko jednym z przykładów na to, że wielu psychologów zmierza w niebezpieczną stronę pseudonauki. Wiele innych przykładów nierzetelnych metod psychologii czytelnik odnajdzie w omawianej książce Witkowskiego.

Marcin Gorazda

W dniu 5 lutego o godz. 18.00 w księgarni De Revolutionibus Books & Cafe w Krakowie przy ul. Brackiej 14, odbędzie się spotkanie z dr. Tomaszem Witkowskim, autorem książki „Zakazana psychologia. Tom II”. Dr. Witkowski przedstawi krótki wykład „Czy psychologia to jeszcze nauka? O naukowej wartości ekspertyz psychologicznych” , po którym odbędzie się dyskusja prowadzona przez autora niniejszego artykułu. Wstęp wolny.

 

niedziela, 19 stycznia 2014

Kupcy i filozofowie


W dniu 12 listopada 2013 r. w nowo otwartej księgarni prowadzonej przez Fundację Centrum Kopernika miałem przyjemność wygłosić wykład: Kupcy i filozofowie. O źródłach wzajemnej niechęci i o (nie)skuteczności stosowanych metod. Główna jego teza zmierza do wykazania, że nauka zakorzeniona głęboko w starożytnej filozofii nie do końca sprawdza się jako narzędzie do szybkiego i skutecznego poznawania świata, w sposób umożliwiający przewidywanie skutków przeróżnych podejmowanych przez nas działań oraz adaptację do zmieniającego się otoczenia. Teza wydaje się obrazoburcza, zważywszy na postęp technologiczny jakiego doświadczamy. Ale w dziedzinie, której przyglądam się w sposób szczególny, czyli w ekonomii albo szerzej w naukach społecznych, ten postęp nie jest już taki oczywisty i dokonuje się poprzez mozolne przełamywanie tego starożytnego, spekulatywnego schematu uprawiania nauki, tego nieustannego doszukiwania się rzekomo prawdziwej wiedzy w naszych intuicjach i introspekcjach, które jak twierdzą eksperymentalni psychologowie, niewiele powiedzą nam o świecie, a więcej o naszych poznawczych uprzedzeniach. Jednym z tych poznawczych uprzedzeń jest zakorzenia wśród intelektualistów niechęć do „groszorobów”. Wszelkie działania podejmowane li tylko w celu pomnażania swojego stanu posiadania traktowane były i są podejrzliwie, jako niegodne prawdziwego mędrca. To niestety zaskutkowało w historii myśli społecznej i politycznej szeregiem całkowicie fałszywych koncepcji, które do dzisiaj bywają przedmiotem wnikliwych analiz, choć na równi z arystotelejską mechaniką powinny raczej spocząć na półkach z ciekawostkami historycznymi. Mędrcy owi, na wzór Platona i Arystotelesa niejednokrotnie nie tylko gardzą groszoróbstwem, ale także uważają, że pomnażanie majątku wcale nie jest trudne. Konfrontacja z gospodarczą rzeczywistością, jeśli się już zdarzy, bywa wyjątkowo bolesna. Kupcy bowiem, od tysiącleci mają zgoła odmienny paradygmat postępowania. Jeśli określona, wstępnie przyjęta strategia biznesowa, w zdefiniowanym czasie nie przynosi spodziewanych korzyści, należy ją niezwłocznie porzucić i poszukiwać nowej. Fundamentalne przekonania co do jakiejkolwiek niepodważalnej prawdy stanowią w biznesie obstrukcje i prowadzą do rychłego bankructwa. Nauka winna rozwijać się tak samo. Idee które falsyfikuje rzeczywistość winny ustępować miejsca kolejnym. Nie zawsze tak jednak jest. W ekonomii aby mógł nastąpić przełom potrzeba było wprowadzić kupców na salony wiedzy. Klasyczni twórcy tej nauki, Cantillon i Ricardo, byli przede wszystkim sprytnymi spekulantami i obaj dorobili się na swoich spekulacjach majątku. Dzisiejsza nauka też boryka się z tym samym problemem. Presja na nietuzinkowe publikacje naukowe, na nieustanne odkrywanie nowości, ale także wzajemne powiązania świata nauki, sprawiają że coraz mniej naukowców gotowych jest poświęcić swój czas i zasoby na kontrolę badań swoich kolegów i ich krytykę. To sprawia że w przestrzeni naukowej krąży coraz więcej fałszywych teorii. Czas na zmiany.

Slajdy do wykładu dostępne są tutaj.

sobota, 18 stycznia 2014

Filozofia ekonomii


Z dużą przyjemnością ale także ze pewnymi obawami pragnę odnotować fakt, że na rynku ukazała się moja książka, Filozofia ekonomii. Książka powstała poniekąd na zamówienia wydawnictwa Copernicus Center Press, w ramach serii Granice nauki. Ma to w założeniu być publikacja popularno-naukowa, która wprowadzi czytelnika w świat tej, nieco obcej na polskiej scenie naukowej dziedziny. Efekt jest źródłem mojego zaniepokojenia. Po pierwsze bowiem, redaktor czytający pracę stwierdził że niewątpliwie niektóre fragmenty są popularne, co oznacza, że niektóre nie są. Po drugie, w trakcie kończenia książki na rynku amerykańskim ukazała się publikacja pod takim samym tytułem ale jej zawartość jest nieco inna. Autor przedstawił bowiem najważniejsze, współczesne zagadnienia filozofii ekonomii w ujęciu podręcznikowym. Ja zaś pozwoliłem sobie na ujęcie historyczne z silnym podkreślenie tła społeczno-gospodarczego. Innymi słowy obawiam się że niektórzy czytelnicy mogą być zawiedzeni odnalazłszy w pierwszej części elementy historii myśli ekonomicznej, choć przedstawione z perspektywy filozofa. Dopiero druga część wchodzi głębiej w zagadnienia współczesnej filozofii ekonomii. Ponieważ publikacja do pewnego stopnia miała być popularna, została uzupełniona aneksem wyjaśniającym podstawowe pojęcia z zakresu filozofii nauki. Jak miałem okazję przeczytać w recenzji, skądinąd bardzo interesującej książki Łukasza Hardta „Studia z realistycznej filozofii ekonomii”, aktualnie na rynku dostępne są tylko trzy książki z tej dziedziny. Poza mną i Hardtem jest jeszcze pozycja Kristofa Zordy, „Metafizyczne wątki w ekonomii”. Cieszę się, że znalazłem się w tak zaszczytnym i nielicznym gronie. Książka jest dostępna także w formacie ebooka między innymi na stronach wydawnictwa CCPress (http://www.ccpress.pl/produkt/Filozofia_ekonomii_132). Z niecierpliwością czekam na reakcję czytelników. Na razie nie ma ich dużo, choć ukazała się już dość pozytywna recenzja w Parkiecie: (http://www.parkiet.com/artykul/7,1351662-Jak-przywrocic-sens--beznadziejnej-nauce-.html).

środa, 5 czerwca 2013

Mój nowy idol – Ben Bernanke



Właśnie wygłosił przemówienie skierowane głównie do studentów Uniwersytetu w Princeton, które w dość niezwykłej formie ujawniło jego przekonania z zakresu filozofii ekonomii, polityki oraz etyki (Puls Biznesu z 5 czerwca 2013 r. Całe przemówienie dostępne jest pod adresem http://vimeo.com/67523271). Od razu stał się moim idolem, jako że pod większością tych tez mogę się śmiało podpisać. O czym mówi nam szef amerykańskiej rezerwy federalnej?
1.       O nieprzewidywalności w zakresie naszych życiowych wyborów oraz w zakresie nauki, będącej pochodną tych wyborów – ekonomii: „Życie jest nieprzewidywalne. Jeśli mając 22 lata myślisz, że wiesz, gdzie będziesz za 10 lat, to się mylisz”, „Ekonomia to wyrafinowana nauka, która specjalizuje się w tłumaczeniu prowadzącym politykę gospodarczą, dlaczego ich przeszłe decyzje były niewłaściwe, zaś prawie nic nie mówi o przyszłości.” Jeśli szef FED, od 17 lat zajmujący się ekonomią jako naukowiec, wyraża takie przekonanie co do jej siły predykcyjnej, to musi być szczególnym ryzykantem w zakresie podejmowanych przez niego decyzji politycznych. I jest nim, a co więcej innym zaleca to samo.
2.       O podejmowaniu ryzyka: „Nie bój się porażki. Jeśli po zejściu z boiska okazuje się, że nie pobrudziłeś stroju, to przeszedłeś obok meczu”. W tym zakresie jest dziedzicem znakomitej tradycji w historii myśli ekonomicznej. Od Cantillona poprzez Knighta, ryzykanci (głównie przedsiębiorcy) postrzegani byli jako czynnik stabilizujący gospodarkę oraz popychający ją do przodu. Ale uzasadnienie dla takiej postawy jest także związane z indywidualną satysfakcją ryzykanta. Tu Bernanke staje się orędownikiem ekonomii szczęśliwości („Skup się na byciu lepszym człowiekiem. Jeśli nie czujesz się dobrze w swojej skórze to nawet największe osiągnięcia , nie przyniosą ci satysfakcji”).
3.       O moralnym obowiązku działania dla powszechnego dobra i o talentach, ale także o tym, że większość z nas stara się to robić: „Najbardziej utalentowani ludzie muszą przyjmować największą odpowiedzialność”. Jak wynika z treści jego wypowiedzi Ben Bernanke jest tradycji żydowskiej, ale tym stwierdzeniem wpisuje się w myśl chrześcijańską od czasów ewangelii (przypowieść o talentach) i ojców kościoła. Cytuje wprost św. Łukasza. Wpisuje się także w arystotelejską etykę cnót. Ale działanie dla wspólnego dobra to myśl która jest przynajmniej pozornie, sprzeczna z podstawowym założeniem ekonomii klasycznej jaką była jednostka instrumentalnie realizująca swoje egoistyczne potrzeby (homo oeconomicus). Podkreślam – pozornie. Adam Smith bowiem to założenie wykorzystywał wyłącznie do wyjaśniania samoregulacyjnych mechanizmów gospodarki. W swoich pismach etycznych przedstawiał inną wizję natury człowieka, która wyposażona była w naturalne dyspozycje (uczucia moralne), skłaniające ją do współpracy z innymi ludźmi. Źródłem tych dyspozycji były moralne oceny wyrażone w odniesieniu do innych ludzi, które prowadzić miały do ukształtowania, abstrakcyjnego, wewnętrznego obserwatora, prekursora superego. Jeśli taka koncepcja ludzkiej natury byłaby prawdziwa, to powszechne (zwłaszcza w Polsce) oskarżanie polityków o prywatę i partykularyzm jest w znacznej części nieusprawiedliwione. Tak też sądzi Bernanke: „Większość polityków stara się robić dobrą robotę. Jeśli masz predyspozycje to warto spróbować.” Ale zauważa także, że przypisywanie im realizacji jakiegoś planu, zakładającego ich złe intencje pozostaje w sprzeczności z tezą o nieprzewidywalności konsekwencji naszych decyzji. „Jeśli myślicie, że negatywne skutki niektórych posunięć polityków wynikają z ich złej woli, ogromnie przeceniacie efektywność ich działania.”
4.       O silnym zdeterminowaniu naszych życiowych wyborów przez nasza biologiczną konstrukcję i o możliwości przełamywania tego. „Mądrze wybieraj partnera: piękno zewnętrzne to sposób, w jaki ewolucja nauczyła nas rozpoznawać, że druga osoba nie ma zbyt dużo pasożytów jelitowych. Poza nim są jednak inne ważne sprawy.” Jak widać szef FEDu czerpie całymi garściami z różnych szkół ekonomicznych, w tym także tych silnie nieortodoksyjnych, behawioralnych i ewolucyjnych. Drzemiący w nas „zwierzęcy instynkt” pozwala lepiej zrozumieć wiele irracjonalnych zachowań rynkowych. Jest w tym jednak także szczypta optymizmu. Ostatecznie to nasz rozum podpowiada nam jakie „inne ważne sprawy” winniśmy brać pod uwagę i choć nie jest to łatwe, to wiedza dot. tego instynktu, pozwala nam lepiej wybierać.
5.       O tym jakie to „inne ważne sprawy” są warte aby za nimi podążać. „Liczy się ciężka praca. Zwykli ludzie, którzy pracują uczciwie, są często nie tylko bardziej godni szacunku od tych którym się powiodło, ale też lepsi z nich kompani do piwa.” Praca przynosi satysfakcję i jest, jak dotąd najlepszą statystycznie receptą na względnie dostatnie i szczęśliwe życie. W największym stopniu przyczynia się też do budowania dobrobytu powszechnego. Sukces, zwłaszcza finansowy, często bywa efektem przypadku (co jest spójne z tezą o nieprzewidywalności konsekwencji naszych działań). Ci którzy go doświadczyli, w gruncie rzeczy nie mają nam nic ciekawego do powiedzenia. Przeceniając własny udział w owym sukcesie,  udzielą nam w najlepszym wypadku zestawu wskazówek, które zaprowadzą nas na manowce, a przy tym będziemy musieli przy piwie znosić ich pyszałkowatą postawę. Lepiej pić z ciężko pracującymi. Jest szansa, że ci prawdziwie docenią chwilę prostej rozrywki.

poniedziałek, 25 lutego 2013

O moralności danin publicznych



W dzisiejszej Gazecie Prawnej znajduje się informacja o planowanej przez Ministerstwo Finansów akcji informacyjno-edukacyjnej „Z naszych podatków – dla nas” mającej na celu uświadamianie obywatelom, że wszyscy powinni ponosić ciężary publiczne i że środki gromadzone w ten sposób, służą wspólnym celom. Ministerstwo uzasadnia konieczność takiej akcji wynikami badań pokazujących, że co trzeci Polak traktuje płacenie podatków jako nieprzyjemny obowiązek i nie wie, na co są one przeznaczane.  Jak sądzę w tle jest jeszcze jeden problem, który Ministerstwo podnosi w uzasadnieniu do kolejnych projektów nowelizacji ustaw podatkowych. W ostatnim okresie bowiem skłonność obywateli do stosowanie przeróżnych instrumentów tzw. optymalizacji podatkowej wydaje się istotnie rosnąć.  To oczywiście przekłada się na spadające wpływy do budżetu. Walka zaś z optymalizacją poprzez zmiany prawa krajowego i międzynarodowego (umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania) wydaje się mało skuteczna. Łatając jedne dziury, kreuje się przy okazji nowe. Idealnie byłoby zatem, gdyby podatnicy zachcieli z nich nie korzystać dobrowolnie.  
Jak to jest z tymi podatkami? Czy stanowią one li tylko nieprzyjemny obowiązek, czy też w ramach akceptowalnych systemów etycznych można twierdzić, że ich płacenie jest nakazem moralnym? Wbrew pozorom jest to istotny problem. Wielu podatników, zwłaszcza tych płacących wysokie podatki, zadaje sobie to pytanie i dokonuje pewnych osobistych rozstrzygnięć i racjonalizacji swoich decyzji. Jako prawnik zajmujący się podatkami oraz filozof również czuję się legitymowany do wypowiedzi w tej kwestii. W bardzo dużym uproszczeniu można powiedzieć, że kultura europejska kręci się wokół dwóch źródłowych systemów etycznych: chrześcijańskiego, którego emanacją jest etyka tomistyczna oraz utylitarystyczego, wywodzonego od Benthama i Milla, XIX-wiecznych filozofów liberalnych.  Elementy solidaryzmu społecznego i konieczności ponoszenia pewnych ciężarów na potrzeby dobra wspólnego istnieją w obu tych systemach.  Zapewne w etyce chrześcijańskiej ów solidaryzm jest znacznie silniejszy. Mogą być też one różnie uzasadniane. W etyce utylitarystycznej dominować będzie przeświadczenie o wzajemnych korzyściach płynących ze wspólnie subsydiowanego życia społecznego. Oba te systemy będą jednak zgodne co do podstawowej kwestii: Danina publiczna będzie moralna lub nie niezależnie od obowiązującego prawa. Ogólnie to oczywiście mamy obowiązek przyczyniać się do dobra wspólnego, ale w szczegółach niestety tkwi diabeł. Może być bowiem tak, że prawo stanowić będzie o niesprawiedliwych podatkach i wówczas uzasadnienia dla moralnego obowiązku ich płacenia należy doszukiwać się gdzieś indziej. Fakt zniesienia podatku od spadku w tzw. I grupie podatkowej jest takim przykładem. Podatek ten powszechnie odbierany był jako niesprawiedliwy (a przy tym mało efektywny budżetowo, co nie pozostało bez wpływu na decyzję o jego zniesieniu). Czy ci którzy płacili go zanim został zniesiony wykonywali w istocie jakiś moralny obowiązek?  Być może tak, ale był to raczej obowiązek utrzymywania określonego ładu społecznego (który sam w sobie może być wartością) i posłuszeństwa wobec legitymowanej władzy.  Dorzućmy do tego jeszcze problem efektywności ściągania danin publicznych, co jest istotnym czynnikiem decydującym o ich normatywnym kształcie. Innymi słowy to jakie mamy podatki zależy w niewielkim stopniu od tego na ile one są moralnie uzasadnione, a w większym stopniu od tego na ile efektywnie można je ściągać. Stąd supremacja podatków pośrednich, konsumpcyjnych nad dochodowymi i majątkowymi. Koniec końców okazuje się zatem, że w naszych moralnych obowiązkach podatkowych nie wyjdziemy raczej poza ogólne stwierdzenia, że jakieś ciężary publiczne trzeba ponosić i że jakiś ład społeczny jest pożądany.  Trochę na wyrost, można pokusić się o dalsze postulaty, że wysokość tych danin powinna być w jakiś sposób odniesiona np. do poziomu zamożności (proporcja do dochodów), poziomu konsumpcji (akcyza na wyroby luksusowe) albo też poziomu wykorzystania infrastruktury publicznej (podatek od nieruchomości, opłaty postojowe na rzec samorządów). Szczegóły zaś zawsze reguluje ustawa, a ta niekoniecznie musi być moralnie uzasadniona. Nie da się zatem z systemów etycznych wywieść normy nakazującej maksymalizację obciążeń podatkowych. Nie da się także wywieść zakazu stosowania ulg podatkowych oraz rozwiązań redukujących obciążenia, niezależnie od tego na ile zostały one przez bezosobowego „ustawodawcę” przewidziane lub nie. Zakładając, że uznajemy ład społeczny za wartość, nie pozostaje nic innego jak trzymać się obowiązującego prawa. Trzymanie się tegoż, oznacza jednak jeszcze jeden postulat moralny. Nie oszukujemy. Czym innym jest wybór optymalnej podatkowo formy prawnej prowadzenia działalności gospodarczej (spółka komandytowa zamiast spółki z ograniczoną odpowiedzialnością czy też podatek zryczałtowany zamiast progresywnego), a czym innym tworzenie na papierze pozornych czynności, które przed organami podatkowymi sprawić mają wrażenie, jakoby stan faktyczny kreujący obowiązek podatkowy był zgoła odmienny od rzeczywistego.