środa, 15 stycznia 2020

Bogactwo narodu czy narody bogatych ludzi? Problem zarobkowej imigracji


Bryan Caplan, amerykański ekonomista i jeden z najzagorzalszych zwolenników otwartych granic, zdecydował się na przedstawienie swoich argumentów w sposób najbardziej przystępny dla popularnego czytelnika, czyli poprzez komiks. „Open Borders. The Science and Ethics of Immigration” jest znakomitą lekturą podsumowującą to co na dzisiaj wiemy o skutkach zarobkowych migracji i to co możemy na ten temat powiedzieć z punktu widzenia etyki. Wydźwięk jest jednoznaczny. Niemiej Caplan stara się nadać narracji komiksowej ton argumentacyjny, mierząc się z różnymi, obecnymi w społecznym dyskursie zarzutami. Lektura szeregu prac ekonomicznych dotyczących tego zagadnienia nie pozostawia wątpliwości. Jak ujął to Michael Clemens, inny ekonomista, na chodniku leży bilion nie zarobionych dolarów, tylko dlatego, że obowiązująca polityka zamyka możliwość swobodnego zatrudniania imigrantów, czy też ich osiedlania się w krajach bogatszych. Ów bilion dolarów nie jest wymyślony ale policzony. Według metaanalizy Clemensa i tym samy według szacunków różnych ekonomistów, zniesienie barier migracyjnych prowadziłoby do wzrostu światowego PKB od 67% do 147% i drastycznej redukcji biedy w krajach rozwijających się. Czy są jakieś efekty negatywne? Nawet jeśli to są tak nieznaczne, że łatwo byłoby je skompensować. Ciężko znaleźć rzetelne badania które twierdziłyby coś innego.

      Co nas więc powstrzymuje?

      Adam Smith spierał się z merkantylistami o rozumienie bogactwa narodowego. Ci ostatni widzieli go bowiem w nadwyżce handlowej i zasobach złota. Jednak nawet Smithowi nie obce było kolektywistyczne myślenie o owym bogactwie. Oto mamy jakąś zbiorowość, oddzieloną od innych mniej lub bardziej wyraźnymi politycznymi granicami, być może także kulturowymi i językowymi, co do której sądzimy, że jak się bogaci to dobrze. To istotna różnica czy bogaci się zbiorowość jako całość, czy rośnie przeciętne bogactwo per capita, czy też indywidulane bogactwo każdego mieszkańca. Jeśli każdy pracujący w Polsce Ukrainiec zarabiać będzie o 10% mniej niż Polak o tych samych kwalifikacjach, ale trzykrotnie więcej niż na Ukrainie, a wynagrodzenie niektórych spośród rezydentów spadnie o 5%, to:
       1. Globalny dochód rezydentów spadnie,
       2.  Globalnych dochód wszystkich pracujących wzrośnie (bo jest więcej osób osiągający ten dochód),
       3.  Przeciętny dochód spadnie (średnia na osobę będzie niższa)
        4.  Indywidualny dochód drastycznie wzrośnie (poza grupą rezydentów którym nieznacznie spadnie).
Pominąwszy  przypadek trzeci, który jest w istocie statystycznym trikiem, tylko w przypadku pierwszym, gdzie podstawą naszych ocen będzie bogactwo narodowe liczone jako globalny dochód rezydentów (członków danego narodu zamieszkujących określone terytorium) i dochód każdego innego mieszkańca planety będziemy mieli za nic, moglibyśmy mieć uzasadnione prawo do sprzeciwiania się migracjom zarobkowym. Dla uproszczenia pomijam fakt, że większość analiz ekonomicznych wskazuje na szereg innych efektów, prowadzących do realnego bogacenie się także rezydentów.
Rozważmy myślowy eksperyment. Czy wiedząc, że nasi sąsiedzi na Ukrainie zarabiają realnie trzykrotnie mniej niż my, bylibyśmy skłonni w jakiś sposób podzielić naszym dobrobytem? Jeśli uważamy, że takie różnice pomiędzy poszczególnymi krajami w ogóle nie powinny występować i oczekiwalibyśmy takiej polityki międzynarodowej, która by je niwelowała, to prezentujemy postawę skrajnie kosmopolityczną. Mówiąc ekonomicznie, w funkcji społecznego dobrobytu użyteczność Polaka i Ukraińca jest dokładnie taka sama i współczynnik opisujący ich stosunek (φ) wynosi 1. Większość ludzi tak nie myśli. Ale też i większość jest gotowa podzielić się swoim dobrobytem z głodującymi w Afryce subsaharyjskiej. Jeśli ktoś nie jest, to wykazuje postawę skrajnie nacjonalistyczną i współczynnik φ opisujący relację naszej wartości do „wartość obcego” zmierza do nieskończoności. To jest właśnie sytuacja, gdzie wyłączną podstawą naszych sądów wartościujących jest globalny dochód rezydentów.
Załóżmy dalej przez chwilę, że przybywający do Polski pracownicy z Ukrainy, mający mniejsze oczekiwania zarobkowe, powodują spadek wynagrodzenia lokalnych, nisko kwalifikowanych pracowników. Od razu kilka zastrzeżeń: Po pierwsze w tym przypadku nie jest to prawda. Od początku fali migracyjnej (czyli ok. 2014 r. ) wynagrodzenia Polaków, w tym także tych w dolnym decylu dochodów istotnie rosną. Po drugie, rzeczywiście oczekiwania zarobkowe naszych sąsiadów mogą być niższe (co się zresztą szybko zmienia). Faktyczna szacowana różnica w zarobkach pomiędzy Polską a Ukrainą wacha się między 3-5 razy, a pracujący w Polsce Ukraińcy zarabiają ok. 10% mniej niż Polacy na tych samych stanowiskach. Po trzecie ów spadek dochodów lokalnych pracowników jest często przewijającym się kontrargumentem i są pojedyncze badania, które mogą go w niewielkim stopniu potwierdzać (niewiele to np. 4,8% realnego spadku na przestrzeni 20 lat). Przyjmijmy jednak że ów spadek faktycznie występuje. Z drugiej strony jednak dobrobyt każdego z przybywających drastycznie rośnie (3-5 razy!). Czy w kategoriach owej „wartości obcego”, czyli współczynnika φ przyjmującego wartość od 1 do nieskończoności, istnieje taki wzrost dobrobytu po stronie obcego, który uzasadnia jakiś spadek dobrobytu rezydentów? Policzył to w modelu ekonomicznym Dani Rodrik i ustalił, że wartość φ to ok. 4,5. Dobrobyt „obcego” jest dla nas ok. czterokrotnie mniej wart niż nasz własny. Istnieje zatem pewien kompromis i jakkolwiek brzmi on paskudnie, nie oczekuje od obywateli kraju przyjmującego 100% kosmopolityzmu. Co więcej, nawet ten niewielki uszczerbek na „naszym” dobrobycie można łatwo skompensować. Jeśli ktoś jest gotowy zapłacić kilka tysięcy euro za ryzykowny przemyt na pontonie przez Morze Śródziemne, to tym chętniej zapłaci te pieniądze legalnie za prawo osiedlenie się i pracy.

A zatem co nas powstrzymuje?

Owe polityczne granice pomiędzy nacjami, które częściowo pokrywają się także z granicami kulturowymi, gdzie podstawowym symbolicznym markerem jest język rezydentów, mają głębokie, ewolucyjne uzasadnienie. Podstawą naszego gatunkowego sukcesu ewolucyjnego jest rozległa kooperacja pomiędzy osobnikami zamieszkującymi bardzo odległe od siebie siedliska, a mimo to współpracującymi i przestrzegającymi pewnych powszechnym norm. Pominąwszy mrówki i pszczoły, zjawisko to jest w świecie zwierząt unikalne. Elementem go napędzającym jest kultura - zespół umiejętności, wzorców zachowań, przekazywanych z pokolenia na pokolenia i kumulowanych. Aby mogła ona jednak powstać, u jej fundamentów jest prosty mechanizm – nasza nadzwyczajna tendencja do naśladowania innych osobników. Najchętniej imitujemy te wzorce które są najbardziej powszechne, co prowadzi do tzw. transmisji konformistycznej. Ten mechanizm jest ewolucyjnie silnie adaptacyjny. Ma jednak efekt uboczny: Tworzy granice pomiędzy kulturami prowadzące do współpracy w ramach danej kultury i wrogości względem kultur obcych. Taka segregacja działała znakomicie w społecznościach myśliwych i zbieraczy. Ale wraz z osadnictwem rolniczym i narastającą konkurencją o zasoby ziemi, stała się podstawową przyczyną rozległych konfliktów zbrojnych. W zglobalizowanym społeczeństwie zaś wydaje się wprost przeciwskuteczna, tworząc barierę do wyciagnięcia z biedy milionów ludzi.

„Zasadniczo tworzymy naszą współczesną organizację społeczną z umysłami z epoki kamienia łupanego”.

środa, 25 września 2019

Dlaczego przystojny facet z którym umawiasz się na randkę zwykle okazuje się być palantem?


Jeśli masz takie wrażenie, to zanim zaczniesz poszukiwać głębokich psychologicznych wyjaśnień tego fenomenu, może warto rozważyć prostszą hipotezę. Załóżmy że wybierając partnera kierujemy się wyłącznie dwoma cechami: jego zewnętrzną atrakcyjnością oraz jego (w domyśle intrygującą) osobowością. Załóżmy także że te dwa atrybuty są rozłożone w całej populacji całkowicie przypadkowo oraz, że każdy z nich przybiera tylko dwie wartości 0/1. Inaczej mówiąc każdy facet ma jakąś całkowicie randomową kombinacje dwóch atrybutów z dwoma przeciwstawnym wartościami: przystojny - nie przystojny / intrygujący - palant. Kiedy wybierasz kandydata na randkę w istocie dokonujesz pewnej preselekcji. Umówisz się z przystojnym, o którym nie wiesz czy nie jest przypadkiem palantem. Umówisz się też z nie przystojnym, który cię zaintrygował. Raczej jednak na wstępie odrzucisz nie przystojnego, co którego osobowości nie masz żadnej wiedzy. W ten sposób 2/3 twoich partnerów na randkach to przystojni faceci, spośród których co najmniej połowa to palanci. Wśród tych nie przystojnych palanci będą tylko efektem twojej preselekcyjnej pomyłki.
Sam tego nie wymyśliłem. Przykład ten podaję za Judea Pearlem (który z kolei powołuje się na Jordana Ellenberga). Pearl jest informatykiem i filozofem, który od kilkudziesięciu lat zajmuje się problemem przyczynowości. Jest prekursorem myślenia w kategoriach sieci Bayesowskich i diagramów przyczynowych. W ubiegły roku na rynku ukazała się jego popularno-naukowa książka, „The Book of Why”. Podany powyżej przykład to tzw. kolider, który tworzy przypadkową korelację pomiędzy zmiennymi, które w istocie nie są powiązane żadnym związkiem przyczynowym, ani też nie mają żadnej wspólnej przyczyny. Istnienie takich koliderów podważa zasadę wskazująca na to, iż korelacja zawsze pozwala wnioskować o jakiejś zależności przyczynowej, co najwyżej problematyczne być może pomiędzy jakimi zmiennymi ta zależność zachodzi i w którym kierunku działa. Otóż tak nie jest. Istnieją korelacje (nawet bardzo silne), wcale nie tak rzadkie, które są niezamierzonym efektem kontrolowania kolidera, np. poprzez preselekcję. Takie korelacje niejednokrotnie prowadziły naukowców na manowce. W tle jednak jest jeszcze jedna intrygująca cecha naszej percepcji. Nasz umysł działa predykcyjnie i przyczynowo. To co postrzegamy to raczej nie to, co istnieje ale to co spodziewamy się zobaczyć. Za każdym razem owo „spodziewamy” wymaga pewnego wnioskowania przyczynowego, a to z kolei oparte jest na pewnej heurystyce. Tam gdzie dostrzegamy korelacje, poszukujemy związków przyczynowych. Ta heurystyka w większości przypadków nieźle działa.
Ale czasami zawodzi.

środa, 13 marca 2019

Sprawiedliwość podatkowa



Wszyscy bardzo zapewne chcielibyśmy aby podatki były sprawiedliwe. Kiedy jednak przychodzi do szczegółów okazuje (co nie jest specjalnie zaskakujące) że mamy na ten temat zgoła odmienne wyobrażenia. W szczegółach. Pewne bowiem intuicje w tym obszarze mamy zaskakująco zbieżne i plasują się one gdzieś pomiędzy utylitaryzmem (podatkowa redystrybucja powinna prowadzić do sytuacji w której na końcu każdy winien mieć równe zasoby do realizacji swoich preferencji), a libertarianizmem (podatkowa redystrybucja jest uzasadniona tylko dla realizacji celów społecznych, których nie da się zrealizować indywidualnie, w pozostałym zakresie jest zinstytucjonalizowanym rabunkiem), z przesunięciem w kierunku libertarianizmu (Saez i Stantcheva, 2016).
Co to jednak jest owa podatkowa sprawiedliwość? Ma ona wiele wymiarów, ale głównie chodzi o to jak podzielić społeczne zasoby, czyli ile i komu zabrać, a ile i komu dodać. Jest to zatem jeden z elementów realizacji arystotelejskiej sprawiedliwości dystrybutywnej. W literaturze podatkowej najczęściej przywołuje się zasadę sprawiedliwości horyzontalnej i wertykalnej (w uproszczeniu zasadę, iż równych obciąża się równo, a nierównych nierówno). Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że w ten sposób nie da się podchodzić do kwestii podatkowych, bo to tylko przesunięcie problemu na inny poziom, a tak w ogóle, to chodzi o sprawiedliwość in principio, i wyróżnianie jej podatkowej odmiany nie ma sensu (Brzeziński, 2017). Niezależnie od tego jedna kwestia wydaje się niesporna: Poziom obciążeń fiskalnych, ich rozkład oraz sposób spożytkowania wpływów podatkowych budzi wiele społecznych emocji i tym samym, ta dystrybucja, choć nie jedyna, wydaje się zajmować szczególne miejsce w społecznej debacie. Ale jej uprzywilejowany charakter bierze się też i stąd, że (jeśli wliczymy w to również daniny ZUS), kwotowa jest ona największa.
Z  galimatiasu filozoficznych teorii na temat sprawiedliwości, w szczególności z tych bardziej współczesnych (J, Bentham, J.S. Mill, J. Rawls, A. Sen), oraz z galimatiasu teorii ekonomicznych dotyczących efektywności poboru podatku i jego redystrybucji, wyróżnić można kilka elementów kluczowych, które jakkolwiek nie są odkrywcze, tak są często zaniedbywane przez prawodawców i administrację publiczną:
1.       Podatki służą redystrybucji społecznych dóbr. Tą funkcję społeczną pełnią wszystkie podatki i wszystkie daniny publiczne łącznie. Jedyna sensowna dyskusja o sprawiedliwej redystrybucji może mieć miejsce, gdy weźmiemy pod uwagę całość obciążeń i korzyści, bezpośrednich i pośrednich, które przypadają na podatników. W podatkach, jak nigdzie indziej, dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło. Preferencja na opodatkowanie konsumpcji (podatek VAT) najdotkliwiej obciąża tych podatników, którzy konsumują cały swój dochód (albo i więcej jeśli się zadłużają na wydatki konsumpcyjne), czyli najmniej zamożnych. Zwiększanie obciążeń podatkowych przedsiębiorstw (zarówno bezpośrednich – PIT, CIT, jak i pośrednich w postaci obowiązków sprawozdawczych), może w efekcie prowadzić do spadku ich rentowności i zmniejszania wpływów do budżetu, nie wspomniawszy o spadku przedsiębiorczości, inwestycjach i PKB. Szczególny przykład takiej, intuicyjnie niesprawiedliwej redystrybucji podaję tutaj.
2.       Wszyscy mamy jakieś sprawiedliwościowe intuicje i wszyscy jesteśmy gotowi w określonym kontekście wyrażać swoje sądy czy dane obciążenie podatkowe jest mniej czy bardziej sprawiedliwe. Niektórzy ekonomiści proponują nawet sformalizowanie tych intuicji i ich wkomponowanie do modeli oceniających optymalność danej reformy podatkowej (Saez i Stantcheva, 2016). Co najmniej z trzech powodów jest to zwodnicze: Po pierwsze nasze oceny są silnie zależne od kontekstu w którym dane stany faktyczne zostały nam przedstawione do porównania, a to oznacza, zmienne i podatne na manipulację. Być może li tylko z tego powodu raję ma Amartya Sen, twierdząc że to nie chodzi o to aby było sprawiedliwie, ale o to by uniknąć najbardziej rażących niesprawiedliwości (Sen, 2009). Po drugie, nawet najgorszy rząd ma lepszy ogląd całokształtu obciążeń daniami publicznymi, niż dobrze poinformowane społeczeństwo (a ono wszak nigdy nie jest dobrze poinformowane). Po trzecie, nasze intuicje sprawiedliwościowe ewoluują m.in. odpowiednio do nowych rozwiązań podatkowych. Jest to zatem sprzężenie zwrotne, w którym władza ma pewną ograniczoną, moralną legitymację do eksperymentowania. (To w oparciu o taką legitymację zniesiona niewolnictwo w USA, czy wprowadzano prawa polityczne dla kobiet w początkach XX w. w Europie). Owa legitymacja jest jednak silnie ograniczona. System podatkowy który będzie postrzegany przez podatników jako niesprawiedliwy, będzie sabotowany i koszty poboru podatków ulegną istotnemu zwiększeniu (Kirchgässner, 2001).
3.       Wyobrażenie, iż jesteśmy w stanie z góry określić pewne zasady sprawiedliwej redystrybucji i odpowiednio do niej zaprojektować system podatkowy, który do tej docelowej dystrybucji doprowadzi jest naiwne i sprzeczne z dotychczasowym doświadczeniem historycznym. Projektowanie zmian podatkowych, podobnie zresztą jak każda inna inżynieria społeczna realizowana przy pomocy regulacji prawnych, to nieustanny eksperyment, którego skutki przewidywalne są w ograniczonym zakresie. Wynika to z dynamiki zmian społecznych, która podlega regułom ewolucji kulturowej. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że w krótkiej perspektywie czasowej owa nieprzewidywalność wynika ze znanego ekonomistom efektu behawioralnego (adaptacyjnego), czyli mówiąc jeszcze prościej, jak zachowają się podatnicy po wprowadzeniu zmiany (bo z pewnością zmienią swoje podatkowe strategie). W dłuższej perspektywie zaś, owa nieprzewidywalność wynika z „życia” ustawy. Sposób wykładni prawa (a osobliwie prawa podatkowego), jego stosowania przez podatników, administrację podatkową i sądy, nieustannie się zmienia i kształtuje odpowiednio do środowiska społecznego w którym zachodzi, i z pewnością nie jest (tak jak chcieliby to wiedzieć prawnicy) nieustannym dochodzeniem do jedynie słusznej, zakodowanej w ustawie wykładni. Raczej jest to proces nieustannego kształtowania prawa, poprzez „naginanie” ustawy do owego fluktuującego środowiska.
4.       To właśnie z powodu owych ewolucyjnych zmian obejmujących zarówno adaptacyjne zachowania podatników do nowych regulacji oraz ich fluktuujące intuicje sprawiedliwościowe, najistotniejszym, choć nie docenianym elementem podatkowej sprawiedliwości jest sprawiedliwość proceduralna, której orędownikiem był John Rawls (Rawls, 1994). Wbrew jego wyobrażeniom nie powstaje ona jednak jako efekt procedur zaprojektowanych przez racjonalne i bezstronne jednostki, ale jest wynikiem skumulowanych, historycznych doświadczeń społeczeństwa, na podstawie których metodą prób i błędów uczyliśmy się jakie procedury pozwalają na tworzenie i późniejsze korygowanie prawa podatkowego, tak aby lepiej odzwierciedlało ono nasze sprawiedliwościowe intuicje i eliminowało najbardziej rażące niesprawiedliwości, nie tracą przy tym całkowicie swego eksperymentalnego charakteru. Te procedury obejmują zarówno zasady partycypacji szerokich grup społecznych przy tworzeniu prawa podatkowego (zasady demokracji reprezentacyjnej ale także, a może przede wszystkim, zasady społecznej konsultacji projektów ustaw), jak i zasady prowadzenie sporów z organami podatkowymi (udział stron, ciężar dowodu, kontradyktoryjność, sądowa kontrola itp.).

 

Brzeziński, B. (2017). Prawo podatkowe. Zagadnienia teorii i praktyki. Warszawa: Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierownictwa.
Kirchgässner, G. (2001, November). Moralische Aspekte der Besteuerung. University of St. Galen Discussion paper(2001-19).
Rawls, J. (1994). Teoria sprawiedliwości. (M. Panufnik, J. Pasek i A. Romaniuk, Tłumacze) Warszawa: PWN.
Saez, E. i Stantcheva, S. (2016). Generalized Social Marginal Welfare Weights for Optimal Tax Theory. American Economic Review, 1(106).
Sen, A. (2009). The Idea of Justice. Harvard: Harvard University Press.


wtorek, 19 czerwca 2018

Czy pogoń za sukcesem jest ewolucyjną pomyłką?


Śledząc dziesiątki postów i artykułów na LinkedIn tudzież na innych forach społecznościowych, sądzę że większości z nas tam obecnych chodzi z grubsza o to samo: Aby osiągnąć sukces w kategoriach materialnych lub w kategoriach odpowiedniej pozycji społecznej. W tym miejsce uczynię szybkie zastrzeżenie. Ten tekst nie będzie krytyką pogoni za sukcesem. Choć mamy jego różne definicje i wyobrażenia każdy go potrzebuje. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości i nie mają go ewolucyjnie zorientowani badacze naszej psychiki i kultury, bo to właśnie z punktu widzenia naszej biologicznej i kulturowej ewolucji chciałbym niniejszym przyglądnąć się owemu fenomenowi.
Na początek nieco trywialne założenie: Nasza psychika i kultura, manifestujące się w powtarzalnych wzorcach zachowań oraz w szeregu artefaktach (język, książki, ubrania, komputery, teorie naukowe itp.) są produktem ewolucji biologicznej oraz kulturowej. Oba procesy są ze sobą wzajemnie powiązane. U podstaw obu jest podobny mechanizm w postaci algorytmu genetycznego, składający się w uproszczeniu z przypadkowych mutacji, wymiany informacji (materiału genetycznego lub zmiennych kulturowych), oraz doboru naturalnego determinowanego środowiskiem (naturalnym lub społecznym). Mechanizm ten na przestrzeni kilku milionów lat ewolucji hominidów, kilkuset tysięcy lat ewolucji homo sapiens, czy też kilkudziesięciu tysięcy lat naszej ekspansji kulturowej doprowadził do selekcji takich wzorców które służyły najlepiej naszej adaptacji do zastanego środowiska. Na tej podstawie możemy też (niedoskonale) rozumować w drugą stronę: Jeśli jakiś wzorzec istnieje i wykazuje się powszechnością i powtarzalnością w kolejnych pokoleniach to najprawdopodobniej jest on adaptacyjny. Jeśli większość ludzi poszukuje sukcesu materialnego to dążność ta najprawdopodobniej jest adaptacyjna czyli służy naszemu przetrwaniu poprzez odpowiednie dostosowanie się do środowiska.
Czym jednak determinowane jest owo dostosowanie? Krótko po publikacji dzieła Darwina, biologom wydawało się, że kluczowym determinantem jest przetrwanie osobnika z określonym genotypem. Osobniki z genotypem zapewniający owo przetrwanie (dłuższe życie) w danym środowisku będą się rozprzestrzeniać, a pozostałe będą wymierać. Biologowie ci jednak popełnili błąd. Nie chodzi tu bowiem o osobników ale o ich "samolubne" geny i ich reprodukcję. Nie docenili siły doboru płciowego i szczególnej kombinacji cech, które są równocześnie adaptacyjne i nie adaptacyjne. Szczególnym przykładem jest pawi ogon, który stanowi znak siły i zdrowia osobnika, ale jednocześnie jest dla niego obciążeniem, utrudniającym ucieczkę przed drapieżnikiem. Ów znak siły i zdrowia sprawia, że osobniki z dużym ogonem częściej wybierane są na partnerów seksualnych i tym samym mają więcej potomstwa, nawet jeśli krócej żyją. Dodajmy - potomstwa z dużymi ogonami. W takich przypadkach proces ewolucyjny trafia na równię pochyłą niekończącego się wyścigu zbrojeń, na końcu którego jest zagłada gatunku, a po drodze indywidualne "tragedie" nosicieli ogona, którzy za swój prokreacyjny sukces płacą wysoką cenę, rezygnując z istotnej części swojego indywidualnego dobrostanu. Ów dobrostan jest bowiem ewolucyjnie bez znaczenia jeśli nie przekłada się na liczbę potomstwa.
Niektórzy antropolodzy kulturowi są skłonni twierdzić, że nasza pogoń za sukcesem, realizowana w znacznej części poprzez naśladowanie osób, które postrzegane są jako te, które ów sukces odniosły, ma podobny charakter, choć działa nieco inaczej. Przede wszystkim adaptacyjna jest sama kultura. Jej elementem są m.in narzędzia umożliwiające nam przetrwanie w najbardziej niesprzyjających warunkach. Do powstania kultury niezbędny jest pewien poziom innowacji (mutacji kulturowych), ale przede wszystkim imitacji, która służy międzypokoleniowemu przenoszeniu wzorców. Wysoki status społeczny jest zaś (przede wszystkim u mężczyzn, ale ostatnimi czasy coraz częściej także i u kobiet) silny afrodyzjakiem. Takie osoby postrzegane są jako atrakcyjne i tym samym ich szanse na liczne kontakty seksualne z atrakcyjnymi partnerami / partnerkami oceniane są jako większe, co powinno przekładać się na reprodukcyjny sukces. Tyle że się nie przekłada.
Zjawisko spadku liczby potomstwa, które sprawiło, że katastroficzne przepowiednie demograficzne, obecne jeszcze w latach 70-tych jak na razie są dalekie od ziszczenia się, zaczęło się wraz z rewolucją przemysłową. Jego powody nie są do końca jasne i jest na ten temat wiele hipotez. Jedna z nich wiąże je jednak właśnie z ewolucją kulturową, zwracając uwagę na charakterystyczne korelaty spadku dzietności, a to:
  • Zmiana wzorca wysokiego statusu społecznego (dziedziczna władza i majątek ustępują miejsca merytokracji - statusowi zbudowanemu na indywidualnych osiągnięciach, opartych na talencie i edukacji)
  • Upowszechnienie edukacji (zwłaszcza wśród kobiet)
  • Rozwój środków masowego przekazu - gazet, czasopism, radia, telewizji, a współcześnie także mediów elektronicznych
Te dwa ostatnie elementy związane są z tzw. selektywną transmisją wzorców kulturowych, która dokonuje się poza środowiskiem rodzinnym. Edukacja oraz mass-media zwiększyły zasięg i siłę oddziaływania tej transmisji, osłabiając tym samym transmisje nieselektywną (czyli wzorce kulturowe nabywane od rodziców, które przyjmujemy "jak leci"). Ten pierwszy element związany jest zapewne z rozprzestrzenieniem się kultury burżuazyjnej, kładącej nacisk na indywidualną wolność, równość, godność ale także talent, pracę i edukację. Kultura ta pojawiła się wpierw w XVII w Holandii, a nieco później w Anglii. Jej przedstawiciele mieli ważną cechę - szybko się bogacili, uzyskując w ten sposób wysoki status społeczny. Przyjęcie tychże wzorców i ich imitacja dawały szansę na powtórzenie tego sukcesu, stąd ich szybkie rozprzestrzenianie się. Tyle, że o ile wysoki status społeczny oraz imitacja osób o tym statusie, są co do zasady adaptacyjne, to ten konkretny wzorzec wiązał się integralnie z inwestycją w większości nakierowaną na budowę tegoż statusu, niż na posiadanie i wychowanie potomstwa. Proces ten przyspieszył drastycznie wraz z upowszechnieniem edukacji kobiet, które w tym systemie wartości (rozprzestrzenianym zresztą przez publiczne szkolnictwo) również upatrywały szansę na zbudowanie własnego statusu społecznego. W tym przypadku odejście od inwestycji w potomstwo było jeszcze bardziej radykalne. Na końcu tego procesu znajdujemy się my, przeciętni, głodni sukcesu użytkownicy LinkedIn, często samotni lub w związkach partnerskich, bez potomstwa lub z potomstwem w liczbie dalekiej od naturalnej zastępowalności, które to potomstwo napotka na swojej drodze z grubsza te same wzorce. Pogoń za indywidualnym sukcesem stała się ewolucyjną pomyłką, która służyć miała zwiększonej reprodukcji, a nie służy niczemu.
Prosty wniosek byłby taki, że jesteśmy skazani na wymarcie razem z tym fragmentem kultury, którego jesteśmy nośnikami. Przetrwają tylko Anabaptyści, Amisze, ortodoksyjni Żydzi i Muzułmanie. Ewolucja kulturowa nie działa jednak w tak prosty sposób. O ile niewielkie społeczności Amiszy w Stanach Zjednoczonych dość skutecznie odcinają swoje dzieci od selektywnej transmisji kulturowej, co pozwala im wzmacniać przekaz rodzinny i faktycznie przyrastać liczebnie, to proces ten jest bardzo powolny. Społeczności muzułmańskie zaś, pomimo panicznych zapowiedzi prawicowych ekstremistów, są w większości wyjątkowo podatne na ów selektywnych przekaz. Widać to między innymi w istotnym spadku dzietności w rodzinach imigranckich w Europie w drugim i trzecim pokoleniu. Nawet jeśli zatem w owych konserwatywnych społecznościach rodzi się zdecydowanie więcej dzieci, to szanse, że w okresie ich adolescencji nie zostaną one zainfekowane memem sukcesu, są niewielkie. Z drugiej strony na obrzeżach kultury burżuazyjnej, kiełkują inne, sekularne kultury, które modyfikują model sukcesu, wiążąc go w mniejszym stopniu z materialną zamożnością i gotowe są jakąś część swoich zasobów inwestować w rodzicielstwo. Samotne matki, ojcowie, patchworkowe rodziny itp. są odpowiedzialne w części za nieco wyższą dzietność we Francji czy Szwecji.
Darwinowska analiza ewolucji jakiejś zmiennej kulturowej, oparta na uproszczonych modelach typu ABM z algorytmem genetycznym ma istotną wadę. Wymusza daleko idące uproszczenia i co prawda pozwala śledzić rozwój populacji w kolejnych pokoleniach w zależności od wag przypisywanych określonym czynnikom, ale nie pozwala na tworzenie wiarygodnych predykcji. Stąd skazani jesteśmy na nieco bardziej wyszukane i lepiej uargumentowane, ale jednak spekulacje. Niemniej kiedy następnym razem spędzimy kolejne 12 godzin pracując ciężko na nas sukces, pamiętajmy, że punktu widzenia ewolucji pielęgnujemy nasz pawi ogon, który uczynić ma nas atrakcyjnymi partnerkami lub partnerami na rynku wymiany materiału genetycznego, ale dzieci z tego najprawdopodobniej nie będzie.