poniedziałek, 14 marca 2016

Dramat sprawiedliwości



Jest taki stary żydowski szmonces, w którym starozakonny świadek podczas rozprawy nieustannie zwraca się do sądu „proszę wysokiej sprawiedliwości”.  Nie przestaje używać tego zwrotu pomimo licznych napomnień ze strony sędziego. W końcu zirytowany referent krzyczy na świadka: „Tu nie ma żadnej sprawiedliwości. Tu jest wysoki sąd!” Anegdota ta wydaje nam się zabawna, gdyż w gruncie rzeczy jesteśmy przekonani o istnieniu pewnego, być może niedościgłego ideału jakim są sądy, realizujące obiektywną idee sprawiedliwości. Obiektywną, czyli istniejącą niezależnie od naszych indywidualnych przekonań i niezależnie od aktualnej koniunktury politycznej. Ale anegdota ta jest też obrazem sporu ideologicznego o istotę prawa, który został zapoczątkowany na przełomie XIX i XX wieku wraz z powstaniem różnych kierunków tzw. realizmu prawnego. Najogólniej stanowiska dot. istoty prawa, ale i poniekąd sprawiedliwości można by podzielić na owe idealistyczne, poszukujące jakiegoś kanonu  obiektywnych lub przynajmniej poznawalnych wartości, które realizowane byłyby w każdym konkretnym orzeczeniu, oraz realistyczne, które uznają, że nie ma tu czego szukać bo taki kanon  nie istnieje.  Te pierwsze przy tym wcale nie muszą przyjmować jakiegoś boskiego (czy też transcendentalnego) pochodzenia sprawiedliwości. Ich obiektywność wywodzić mogą np. z jakiś względnie stabilnych elementów natury ludzkiej, choćby ukształtowanych w procesie biologicznej ewolucji. Realiści zaś wcale nie będą twierdzić, że w danej społeczności nie istnieje jakiś, dający się wyodrębnić zestaw przekonań na temat tego, co jest a co nie jest sprawiedliwe. Tyle tylko, że ten zestaw przekonań jest zmienny, zarówno pośród członków społeczności jak i na poziomie jednostek, silnie uwarunkowany kontekstem sytuacyjnym i tym samym przynajmniej do pewnego stopnia podatny na manipulację, albo też inaczej, inżynierię społeczną. W tym miejscu rozpoczyna się dramat realistów. Konsekwentny realista, naturalista i ewolucjonista (zwykle te składowe światopoglądowe idą razem) na pytanie co jest sprawiedliwe a co nie, musi rozłożyć bezradnie ręce. O tym jakie przekonania dotyczące sprawiedliwości okażą się w jakieś perspektywie czasowej dominujące, ostatecznie zadecyduje dobór naturalny i płciowy. Przyszłe przekonania kolejnych pokoleń będą miarą słuszności naszych dzisiejszych wyobrażeń o sprawiedliwości, a to jakie to będą przekonania zależy bardziej o tego kto się będzie rozmnażał niż od tego jaki przekaz dominuje aktualnie w sferze publicznej. Analogicznie nie jesteśmy w stanie stwierdzić na chwilę obecną jakie cechy biologiczne określonego gatunku okażą się w zdefiniowanej przyszłości adaptacyjne.  W takiej perspektywie nie sposób jednak argumentować za jakimkolwiek rozwiązaniem prawnym, bez wcześniejszych, silniejszych założeń dotyczących tego co ostatecznie jest sprawiedliwe, dobre lub pożądane. Ale skąd wziąć te założenia? Pierwsi realiści albo nie zawracali sobie tym głowy, uznając, że przecież wszyscy z grubsza (czyli intuicyjnie) wiemy co jest dobre dla społeczeństwa, albo też, że przekonania te mogą być zrekonstruowane na podstawie jakiegoś badania naukowego. Potem pozostaje już tylko technika, czyli jakie narzędzia dobrać do tego aby ten zestaw przekonań urzeczywistnić. Jeśli można je zrekonstruować, to tym bardziej ich wyrazem mogą być wybory polityczne. Władza, która kieruje się taką logiką nie będzie miała żadnych zahamowań przed stosowaniem skutecznych narzędzi urzeczywistniających dominującą wizję. Zwłaszcza jeśli wizję tą, z jakiś powodów (choć z pewnością nie realistycznych) podziela. Nie będzie się przejmować jakimś trójpodziałem władzy czy rzekomą wolnością prasy.  To nie są żadne „obiektywne” wartości, za którymi przemawia jakaś racja, podważająca ową dominującą wizję. Jedynym ogranicznikiem takiej władzy będzie owa skuteczność.
I tu jest pies pogrzebany. Owa skuteczność jest co najmniej wątpliwa. Lekcja wyciągnięta z prekursorskich badań i eksperymentów  społecznych była i jest umiarkowanie zachęcająca. Zarówno identyfikacja wspólnego kanonu społecznych przekonań jak i próba ich manipulacji, czy wpływania na zachowania społeczne, okazują się nie lada wyzwaniem. Historycznie odnotowane skutki takich działań wykraczają dalece poza wyobrażalne plany społecznych inżynierów. Jest ku temu wiele powodów i nic nie wskazuje na to aby w najbliższej przyszłości sytuacja ta miała ulec istotnej zmianie. Jeśli zaczynamy jakąkolwiek rewolucję społeczną, musimy liczyć się z tym, że jej rezultaty mogą być dalekie od pożądanych. Jeśli zatem można znaleźć jakiś realistyczny czy też naturalistyczny argument przeciwko instrumentalnemu traktowaniu instytucji społecznych, to jest nim właśnie argument z ograniczonej skuteczności inżynierii społecznej. W naszym obszarze kulturowym spontaniczna „mądrość” ewolucji kulturowej, przejawiająca się w wielu pokoleniach, wykształciła instytucje, których jedyną funkcją jest hamowanie projektowanych przez władzę zmian. Towarzyszy temu zwykle jakiś silne, aksjologiczne uzasadnienie: naturalne przypisane nam prawa obywatelskie, wolność, równość, rządy prawa wyrażone w konstytucji stanowiącej najwyższą wolę narodu, itp. Z punktu widzenie realisty to tylko retoryka, przemawiająca do wyobraźni, niezbędna aby określonym instytucjom przypisać jakiś autorytet. Bez niego nie spełnią swojej hamulcowej funkcji. Nie znaczy to, że korzystają one z jakiegoś szczególnego namaszczenia, ani też że są doskonałe i niezmienne. Ale towarzyszy im pewne domniemanie skuteczności, wynikające z dotychczasowych doświadczeń. To bardzo słabe uzasadnienie, ale zawsze jakieś.
Ale gdzie tu dramat sprawiedliwości? Realistyczna, czy też silniej, naturalistyczna interpretacja prawa eliminuje z dyskursu jakiekolwiek odesłania do obiektywnej idei sprawiedliwości, wykraczającej poza jednostkowe codzienne wybory. Wszystkie idee wydają się równo uprawnione, gdyż nie mamy kryterium które pozwoliłoby którąkolwiek uprzywilejować. Jedyne które możemy zasadnie dyskryminować, to te których w danym momencie nikt nie chce. Jeśli wdrażanie którejkolwiek nieuprzywilejowanej wizji sprawiedliwości, mogłoby potencjalnie doprowadzić do realizacji idei której nikt nie chce, to rozsądnie jest zaprojektować jakieś hamulce instytucjonalne np. w postaci sądu konstytucyjnego. Problem w tym, że jego uprawomocnienie wymaga odesłania do jakieś obiektywnej idei sprawiedliwości. Dramat poniekąd przypomina społecznych badaczy nad zjawiskiem religijności, którzy będąc ateistami odkrywają, że postawa religijna sprawia że ludzie którzy ją wykazują, żyją dłużej, są bogatsi i szczęśliwsi. Ze swojego punktu widzenia nie są w stanie uczynić jakiegokolwiek użytku ze swojego odkrycia.

poniedziałek, 23 marca 2015

Jak wyjaśniamy świat?



O wyjaśnieniu naukowym miałem już okazję pisać i na blogu i w czasopismach filozoficznych (Wyjaśnienie naukowe). Zagadnienie to jednak nadal intryguje (przynajmniej mnie). Szczególnie ciekawe wydają się być podobieństwa pomiędzy niektórymi tzw. epistemicznymi koncepcjami  wyjaśnienia naukowego, a koncepcjami kognitywnymi. Najprościej rzecz ujmując i przy zastosowaniu autorskiej typologii, można powiedzieć, że te pierwsze (epistemiczne) wyjaśnienie świata  (czy też raczej zjawisk w nim zachodzących), można zredukować to jakiegoś rodzaju uporządkowania naszych, różnorakich doświadczeń, w tym także zmysłowych. Owo uporządkowanie dokonuje się w intersubiektywnym dyskursie (czyli prowadzonym pomiędzy „naukowcami”) i polega na przyporządkowaniu określonych doświadczeń do określonych, uprzednio znanych kategorii. Wyjaśnienie zatem to próba wkomponowania nieskategoryzowanych doświadczeń, w uprzednio znane schematy. W niektórych koncepcjach może ono przybrać formę tworzenia teorii lub modelu, rozumianych jako zbiór określonych stałych, zmiennych, relacji i funkcji. Zbiór doświadczeń będących przedmiotem wyjaśnienia może jednak być uporządkowany w bardzo różny sposób. Jeśli filozofia nauki może cokolwiek wnieść do rozwoju ludzkości (jakkolwiek nie rozumieć rozwoju) to mógłby to być np. postulat metodologiczny pozwalający odróżnić lepsze sposoby porządkowania od gorszych. Jedną z takich propozycji  w koncepcjach epistemicznych jest tzw. koherencja. Dana teoria może być lub nie być koherentna lub też być koherentna w mniejszym lub większym stopniu. Czymże jest koherencja? Jak to w filozofii pomysłów na jej zdefiniowanie tudzież mierzenie jest wiele. Wśród tych pomysłów powtarzają się jednak dwie istotne składowe: spójność (niesprzeczność) oraz prostota. Niesprzeczność rozumiana będzie tak jak w logice I rzędu. Jeśli w danej teorii możemy wyprowadzić formuły (zdania) wzajemnie się wykluczające, to teoria jest sprzeczna, a tym samym niekoherentna. Większy problem jest z prostotą. Znowu upraszczając i uogólniając możemy powiedzieć, że teoria jest prostsza, jeśli z mniejszej liczby aksjomatów i reguł inferencyjnych, możemy wyprowadzić większą liczbę zdań wyjaśniających. Te dwa kryteria wydają się zadziwiająco zbieżne z kognitywnymi koncepcjami wyjaśnienia opracowanymi w oparciu neuronauki. Jeśli bowiem potraktować mózg jak maszynę liczącą, która dokonuje nieustannego kategoryzowania impulsów zmysłowych, próbując na ich podstawie zbudować jakiś model wirtualnej rzeczywistości poza impulsami (którą np. postrzegamy jako świat trójwymiarowy, umieszczony w czasie), to pojawia się analogiczne pytanie, który spośród proponowanych przez mózg modeli będzie lepszy. Podobnie i tu nasz aparat poznawczy radzi sobie w analogiczny sposób, preferując modele niesprzeczne oraz prostsze. Prostota jest tu jednak rozumiana i mierzona inaczej. Mózg jako gigantyczny konsument energii w organizmie preferuje rozwiązania mniej energochłonne. Jeśli zatem może zaproponować model impuls – reakcja, który „reguły inferencyjne” zredukuje do prostych zależności i obejmie nimi szersze spektrum impulsów, jednocześnie dokonując ich automatyzacji, czyli zepchnięcia procesów analitycznych do obszarów poza-świadomych, to będzie takie rozwiązanie preferował z uwagi na jej energooszczędność.
Jeśli taka konceptualizacja wyjaśniania świata jest trafna, to płynie z niej ciekawy wniosek. Zrozumienie tego jak wyjaśniamy świat wymaga zarówno analizy owego dyskursu naukowego jak i funkcjonowania naszego umysłu. Oba modele (ten umysłowy i ten abstrakcyjny, dyskursowy) tworzą bowiem niedomkniętą pętlę, wzajemnie na siebie oddziaływając.
Powyższa problematyka była przedmiotem moich dwukrotnych wystąpień. Raz w ramach Centrum Kopernika, a raz, całkiem niedawno w ramach seminariów „Filozoficznie o ekonomii” na UAM w Poznaniu. W najbliższym czasie ukaże się także stosowna publikacja. Z pierwszego wystąpienia pozostał zapis video, który niniejszym zamieszczam.




czwartek, 27 listopada 2014

O przczynowości w ekonomii



W dniu 1 grudnia 2014 r. w Polskiej Akademii Umiejętności, ul. Sławkowska 17, 31-016 Kraków, o godz. 16.00, będzie miał miejsce mój odczyt „O przyczynowości w ekonomii”, w trakcie którego będę omawiał koncepcję przyczynowości w nauce, ze szczególnym uwzględnieniem osobliwości wynikających z nauk społecznych. Wszystkich zainteresowanych tymi zagadnieniami filozofii nauki zapraszam. Po odczycie, o godz. 18.00 będzie miało miejsce dużo mniej formalne spotkanie dyskusyjne na ten sam temat, które prowadził będzie ks. prof. Michał Heller wespół ze mną, w księgarni De Revolutionibus na ul. Brackiej, na które również, a może nawet szczególnie zapraszam. 
Zagadnienie przyczynowości obecne jest w filozofii nauki od czasów Davida Hume'a, który bodaj jako pierwszy sformułował podstawowe, do dziś aktualne założenia koncepcji przyczynowości. W jego rozumieniu miała ona charakter szczególnej konstrukcji naszego umysłu, niewiele mówiącej nam o ontologicznym charakterze relacji zachodzących pomiędzy zdarzeniami w otaczającym nas świecie. Dyskusja o przyczynowości odżyła na fali neopozytywistycznej refleksji nad nauką. Dla filozofów nauki wskazanie przyczyny określonego zjawiska lub zdarzenia stanowiło dobre wyjaśnienie naukowe, w odróżnieniu od wyjaśnienia nomologicznego (wskazanie prawa natury rządzącego danym zjawiskiem) które wydawało się wikłać w szereg paradoksów. Trzeba było tylko ustalić co to jest ta przyczyna, jak ją zidentyfikować, jaki ma ontologiczny charakter oraz jakie wnioski możemy wysuwać w sposób uzasadniony na podstawie twierdzeń przyczynowych. Próby odpowiedzi na te pytania dzielą różne szkoły filozoficzne. Szczególnie jednak interesujące wydają się te podejścia, które zostały wypracowane na przykładzie nauk społecznych. Przyczynowość wykazuje się tu bowiem osobliwościami: szczególnym mechanizmem, który leży u podstaw procesów społecznych, jego niestabilnością i tzw. niemodularnością, szczególnie utrudnioną rekonstrukcją owego mechanizmu, instrumentalnym poszukiwaniem przyczyn zjawisk i nieuchronnością decyzji.

poniedziałek, 1 września 2014

Why do firms exist?



Ronald Coese otrzymał nagrodę nobla z ekonomii za esej właśnie pod takim tytułem. Zadał sobie pytanie, którego nie zadał sobie przed nim nikt z klasycznych ekonomistów. Dlaczego właściwie istnieją firmy? Na doskonale funkcjonującym rynku organizacja taka właściwie nie byłaby potrzebna, a w każdym razie klasyczne zasady ekonomii Ricardy nie przewidywały jej istnienia. Konsumenci i producenci usług i towarów (poszczególne jednostki) w zasadzie mogłyby wykonywać przypisane im fragmenty działalności bez konieczności tworzenia systemu organizacyjnego jakim jest firma. Mozolnie przepytując kolejnych przedsiębiorców i przyglądając się ich pracy Coese sformułował do dziś obowiązującą hipotezę kosztów transakcyjnych – kosztów które towarzyszą każdej transakcji na rynku. Chociaż utworzenie i utrzymanie firmy jest kosztowne to i tak w rachunku zagregowanym prowadzi ono do obniżenia tych kosztów. Zamiast mozolnie poszukiwać szewca, który gotów byłby uszyć nam buty których oczekujemy, oraz poszukiwać właściwego dostawę materiałów na owe buty możemy po prostu udać się do sklepu, gdzie będziemy mogli wybrać spośród całej gamy dostępnych modeli, albo jeszcze lepiej, do galerii handlowej gdzie sklepów tych będzie cała gama.
Ten prosty mechanizm kosztów transakcyjnych doprowadził jednak do powstania konstruktu, który w przestrzeni społecznej zaczął żyć własnym życiem, a nawet uzyskał zestaw cech typowych dla odrębnego bytu, co gorsza silnie spersonalizowanego. Firma ma swoją misję, cel, osobowość, kulturę, dynamikę rozwoju, energię wewnętrzną itp. Język ekonomistów i menadżerów nie ujawnia w żaden sposób tej podstawowej roli przedsiębiorstwa jaką jest redukcja kosztów transakcyjnych. Szczególnie uderzające jest to w sformułowaniach wskazujących na silny emocjonalny stosunek rozmówcy do firmy („To była dobra firma, szkoda że ją tak zmarnowali.”) albo w pytaniach typu: A jak tam u was w firmie? To pytanie, zadane mi ostatnio, w istocie dotyczy, jak należy mniemać wyników finansowych, i przy nim na chwilę się zatrzymam.
Potocznym wskaźnikiem, że w firmie dzieje się dobrze, są dobre wyniki finansowe. „Dobre” nie oznacza tylko, że firma wykazuje zysk netto i dodatni cash flow, ale przede wszystkim że wykazuje się stosowną dynamiką wzrostu tychże. W firmie nie dzieje się dobrze, jeśli zysk roku bieżącego jest niższy od zysku roku poprzedniego. Magię tych cyferek oraz ich zwodniczość pokażę na trzech, dość oczywistych przykładach.
1.       Wyobraźmy sobie niezadłużoną spółkę ABC, która generuje 1 mln zł przychodów i 100 tys. zł zysku netto rocznie. Jednak w danym roku, zaciągnęła dług na kwotę 10 mln zł za który kupiła inną spółkę generującą 10 mln zł przychodów i 1 mln zł zysku netto rocznie. W ciągu roku nastąpiła tu gigantyczna zmiana na korzyść. Spółka osiąga teraz przychody w wys. 11 mln zł i zysk netto 1.100 tys zł. Niepokoi tylko pytanie o tożsamość spółki ABC. Wydaje się bowiem, że po takiej akwizycji to w zasadzie zupełne inne przedsiębiorstwo.  
2.       Wyobraźmy sobie inną spółkę inwestycyjną SI, która zakupiła akcje spółki ABC przed połączeniem. W swoim bilansie wyceni je metodą dochodową i pokaże że są one warte np. 700.000 zł (wskaźnik cena / zysk = 7). Po połączeniu jednak pokaże ich wartość, wyliczoną tym samym wskaźnikiem na kwotę 7.700 tys. zł. SI wykaże zatem wzrost zysku netto rok do roku o kwotę 7 mln zł. Jeśli SI jest w portfelu funduszu inwestycyjnego, który stosuje podobne metody wyceny, to jego zyski netto urosną jeszcze bardziej. Na rynku niby nic się nie zmieniło. Nie zredukowaliśmy żadnych kosztów transakcyjnych, żaden akcjonariusz nie otrzymał pokaźnej dywidendy, a mimo to kilka firm pokazało fantastyczne wzrosty wyników finansowych.
3.       Przykład trzeci dotyczy firmy, którą mam okazję zarządzać i o którą to ostatnio mnie zapytano. Najprościej można by odpowiedzieć w sposób wskazany powyżej i podać o ile rok do roku rosną przychody ze sprzedaży i o ile rośnie zysk brutto. Tyle tylko, że w spółce gdzie współwłaściciele na równi z pracownikami świadczą tzw. usługi profesjonalne taka informacja jest bezużyteczna. Czym więcej osób świadczących usługi tym większe przychody. Czym więcej zaś współwłaścicieli tym lepszy wynik finansowy. To co się faktycznie liczy to to, ile zarobił każdy ze współwłaścicieli z osobna (i czy jego dochód wzrósł czy zmalał), i czy się przy tym musiał dużo narobić (nie sztuka się narobić i zarobić). Innymi słowy ile kosztowała godzina jego pracy i jaka ew. część z tego przychodu przypadła na koszty ogólne. Można też szerzej zapytać, ile zarobili pracownicy w tej spółce, którzy tym samym wchodzą w krąg tzw. interesariuszy przedsiębiorstwa oraz na ile przedsiębiorstwo to było konkurencyjne na rynku (na ile zredukowało owe koszty transakcyjne).
Powyższe przykłady uświadamiają, że firma, tak jak opisał to Coese, jest tylko punktem pośredniczącym pomiędzy uczestnikami rynku. Firma spełnia swoją rolę reduktora kosztów transakcyjnych gdy ma wielu klientów, którzy postrzegają ją jako atrakcyjną cenowo na rynku oraz gdy jej współwłaściciele zarabiają na szeroko rozumianej dywidendzie. Dywidenda czy wypłaty z zysku powinny być co do zasady wskaźnikiem efektywności organizacyjnej. Czynienie z firmy odrębnego bytu, silnie spersonalizowanego, uruchamia szczególne pokłady naszych emocji i rychło prowadzi do spekulacyjnych baniek.
Na koniec istotne zastrzeżenia. Nie chciałbym aby powyższe przykłady zostały zinterpretowany jako argument przeciwko analizie finansowej przedsiębiorstwa, albo przeciwko wycenom metodą dochodową. W zasadzie dokonując oceny firmy, czy określonego sektora gospodarki nie dysponujemy żadnym innym narzędziem poza analizą finansową opartą niejednokrotnie o dane szacunkowe lub statystyczne. Próby ocen intuicyjnych („To dobra firma bo wszyscy się w niej dobrze czujemy”) są skazane na porażkę, podobnie jak intuicyjna, emocjonalna ocena czy interpretacja bardzo prostych wskaźników finansowych.

środa, 27 sierpnia 2014

Czy Pan Cogito jest konstruktywistą?



Zbigniew Herbert jest moim ulubionym poetą. Wśród wszystkich znanych mi poetów ma niewątpliwie u mnie najwyższy wskaźnik cytowalności. Jest ku temu wiele powodów – dobra znajomość filozofii i uwrażliwienie na jej problemy, znakomite kontrastowe zestawienie z wykorzystaniem dobrze znanych z historii postaci, ale także, a może przede wszystkim nieuleczalne rozerwanie pomiędzy klasycznym, uporządkowanym światem – logosem, a subiektywnie odczuwanym rozedrganiem ludzkiej duszy i chaosem postrzeżeń. Nad tym wszystkim góruje absolutny prymat etyki, dla której nie sposób znaleźć racjonalnego uzasadnienia („bądź odważny gdy rozum zawodzi”). Owo rozerwanie wyzwala chęć postawienia pytania: Czy Pan Cogito jest racjonalistą w stylu Kartezjusza (na co wskazuje jego imię), czy egzystencjalistą skupionym na swoim cierpieniu? A może jest konstruktywistą, który w ślad za Kantem neguje nasz poznawczy dostęp do „rzeczy w samych w sobie” – noumenów, uznając że świat który postrzegamy jest li tylko konstruktem, projekcją naszego umysłu. Na to jak postrzegamy ów świat większy wpływ będzie miała nie jego istota, ale raczej to jakimi kategoriami rządzi się nasz umysł. Baruch Spinoza chciał dotrzeć do istoty rzeczy. Szukał pewników, aksjomatów na wzór euklidesowej geometrii, na których mógłby zbudować rozumowanie niezawodne. Metoda czysto kartezjańska. Kartezjusz za pewnik uznał fakt swojego myślenia (cogito) wskazujący niezawodnie na egzystencję. Amsterdamski filozof poddany został jednak, jak opowiada Pan Cogito, okrutnej pokusie.
Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy
[Dlaczego Spinoza poddany jest pokusie? Jego filozofia pełna jest niepewności. Swoje pewniki wolał określać mianem propozycji. Ale niewątpliwie u ich podstaw tkwiło głębokie przekonanie o możliwości poznania istoty rzeczy przy zastosowaniu owej racjonalnej metody. Kusiciel, którym w tym przypadku jest sam Bóg (dodajmy, że Spinoza w osobowego Boga nie wierzył), musiał znaleźć w nim łatwy materiał na taką pokusę.]
Baruch Spinoza z Amsterdamu
zapragnął dosięgnąć Boga
szlifując na strychu
soczewki
przebił nagle zasłonę
i stanął twarzą w twarz
[Można zatem powiedzieć, że Spinozie w końcu się udało. Zasłona i jej przebicie jest powszechnie przyjmowaną w epistemologii alegorią, bodaj od czasów jaskini Platona. Samo przebicie zasłony daje jednak tylko szansę na poznanie. Reszta jest w rękach filozofa. Światło prawdy może oślepić. Trzeba zatem dysponować odpowiednią metodą poznawczą.]
mówił długo
( a gdy tak mówił
rozszerzał się umysł jego
i dusza jego )
[I tu pojawia się pierwszy konstruktywistyczny wątek, można by nawet rzec silnie związany ze współczesną filozofią języka. Spinoza uznał, że poznanie świata za zasłoną wymaga jego opisu i stawiania problemów. Wraz z ich werbalizowaniem wydaje mu się że wie coraz więcej i coraz więcej rozumie. Słowa ubrane w konstrukcję gramatyczną zaczynają mieć moc sprawczą – zamiast przybliżać nas do rzekomego prawdziwego poznania, tworzą przed nami nową rzeczywistość.]
zadawał pytania
na temat natury człowieka
- Bóg gładził roztargniony brodę
pytał o pierwszą przyczynę
- Bóg patrzył w nieskończoność
pytał o przyczynę ostateczną
- Bóg łamał palce
Chrząkał
[Spinoza stawia przed Bogiem klasyczne problemy filozofii w arystotelejskim wydaniu. Bóg wydaje się zakłopotany. Przecież nie dlatego, że nie zna odpowiedzi na pytania, ale raczej uznaje je za źle postawione.]
kiedy Spinoza zamilkł
rzecze Bóg
- mówisz ładnie Baruch
lubię twoją geometryczną łacinę
a także jasną składnię
symetrię wywodów
[Podstawowa metoda którą Spinoza posługuje się aby poznać i zrozumieć świat – „jasna składnia i symetria wywodów” – dla kusiciela ma walor jedynie estetyczny. Nie przybliża nas do prawdy.]
pomówmy jednak
o Rzeczach Naprawdę
Wielkich
[W tym miejscu rozpoczyna się zestaw niestosownych do metafizycznej sytuacji praktycznych wskazań. Można by powiedzieć – kuszenie sensu stricto. Warto nadmienić, iż Spinoza był wzorem niesłychanie cnotliwego życia, a jego postulaty w tym zakresie porównywano do stoickiej terapii Marka Aureliusza. Może nie bez powodu Herbert tego drugiego także wybrał sobie jako ofiarę kolejnego swojego wiersza. Poniższe rady odnoszą się wprost do życia żydowskiego filozofa, który utrzymywał się ze szlifowania soczewek, nie dbał o dochody, odmówił dedykacji Ludwikowi XIV pomimo obietnicy dożywotniej renty, odrzucił stanowisko na Uniwersytecie w Heidelbergu gdyż mogłoby ograniczać jego swobodę wypowiedzi i nigdy się nie ożenił.]

- popatrz na twoje ręce
pokaleczone i drżące
- niszczysz oczy
w ciemnościach
- odżywiasz się źle
odziewasz nędznie
- kup nowy dom
wybacz weneckim lustrom
że powtarzają powierzchnię
- wybacz kwiatom we włosach
pijackiej piosence
- dbaj o dochody
jak twój kolega Kartezjusz
- bądź przebiegły
jak Erazm
- poświęć traktat
Ludwikowi XIV
i tak go nie przeczyta
- uciszaj
racjonalną furię
upadną od niej trony
i sczernieją gwiazdy
[Klasyczna filozofia, którą reprezentuje Baruch w swoich pytaniach do Boga w zasadzie jest fundacjonistyczna. Raz przyjęty aksjomat stanowi podstawę dalszych rozumowań i determinuje konkluzję osiąganą wedle ścisłych zasad logiki. To jednak tylko pozór. Komunikat Boga jest jasny. Twój racjonalizm jest furią (nawet nie emocją) która poprzez nadanie mu pozorów ścieżki prawdy staje niebezpieczny.  Ani nie ma pewnych aksjomatów ani pewnych rozumowań, zaś ukrycie ich pod pozorem pewności daję psychiczną siłę do przezwyciężania podstawowej empatii do drugiego człowieka. I tu Bóg prorokuje. Od owej furii „upadną trony i sczernieją gwiazdy”. Proroctwo retrospektywnie trafne. Spinoza zapoczątkowuje nurty  filozofii, których zapewne by się nie spodziewał. Z jednej strony jest prekursorem racjonalnych ateistów, z drugiej zaś niemieckich romantyków i ich następców (czyli Marksa) i Nietschego. ]
- pomyśl
o kobiecie
która da ci dziecko
- widzisz Baruch
mówimy o Rzeczach Wielkich
[I znowu niemal niezauważalne konstruktywistyczne przesunięcie. Bóg rozpoczyna swój wywód mówiąc językiem Spinozy. Rzeczy są nie tylko Wielkie, ale są Naprawdę Wielkie. Pod koniec wywodu jednak odniesienie do prawdziwości znika.]
- chcę być kochany
przez nieuczonych i gwałtownych
są to jedyni
którzy naprawdę mnie łakną

teraz zasłona opada
Spinoza zostaje sam
[Zasłona nie dlatego opada, że kusiciel uznał, że czas skończyć przedstawienie, ale raczej dlatego, że jego słowa zmieniają sposób postrzegania rzeczywistości przez filozofa. Można powiedzieć, że kuszenie podmiotu lirycznego okazało się skuteczne, przynajmniej w części obejmującej zasady epistemologii. W klasycznej filozofii chodziło o podniesienie alegorycznej zasłony. Tu poznanie ma odwrotny charakter. Opadająca zasłona przybliża nas do „prawdy” o naszych poznawczych ograniczeniach – niestety towarzysz jej (tej prawdzie) przygnębiająca samotność. Może dlatego Bóg radzi podążać za prostymi emocjami.]

nie widzi złotego obłoku
światła na wysokościach
widzi ciemność
słyszy skrzypienie schodów
kroki schodzące w dół
[Teraz Spinoza już nie jest pewien czy w ogóle było / jest jakieś światło i złoty obłok. Czy Bóg odlatuje w górę, czy schodzi po skrzypiących schodach i czy to był Bóg, czy może ktoś zupełnie inny. Konstruktywistyczne doświadczenie ma w sobie tragiczny wątek. Teraz potrzebna jest niewątpliwie odwaga herosa aby się z ową tragiczną wizją zmierzyć.]