wtorek, 19 czerwca 2018


Śledząc dziesiątki postów i artykułów na LinkedIn tudzież na innych forach społecznościowych, sądzę że większości z nas tam obecnych chodzi z grubsza o to samo: Aby osiągnąć sukces w kategoriach materialnych lub w kategoriach odpowiedniej pozycji społecznej. W tym miejsce uczynię szybkie zastrzeżenie. Ten tekst nie będzie krytyką pogoni za sukcesem. Choć mamy jego różne definicje i wyobrażenia każdy go potrzebuje. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości i nie mają go ewolucyjnie zorientowani badacze naszej psychiki i kultury, bo to właśnie z punktu widzenia naszej biologicznej i kulturowej ewolucji chciałbym niniejszym przyglądnąć się owemu fenomenowi.
Na początek nieco trywialne założenie: Nasza psychika i kultura, manifestujące się w powtarzalnych wzorcach zachowań oraz w szeregu artefaktach (język, książki, ubrania, komputery, teorie naukowe itp.) są produktem ewolucji biologicznej oraz kulturowej. Oba procesy są ze sobą wzajemnie powiązane. U podstaw obu jest podobny mechanizm w postaci algorytmu genetycznego, składający się w uproszczeniu z przypadkowych mutacji, wymiany informacji (materiału genetycznego lub zmiennych kulturowych), oraz doboru naturalnego determinowanego środowiskiem (naturalnym lub społecznym). Mechanizm ten na przestrzeni kilku milionów lat ewolucji hominidów, kilkuset tysięcy lat ewolucji homo sapiens, czy też kilkudziesięciu tysięcy lat naszej ekspansji kulturowej doprowadził do selekcji takich wzorców które służyły najlepiej naszej adaptacji do zastanego środowiska. Na tej podstawie możemy też (niedoskonale) rozumować w drugą stronę: Jeśli jakiś wzorzec istnieje i wykazuje się powszechnością i powtarzalnością w kolejnych pokoleniach to najprawdopodobniej jest on adaptacyjny. Jeśli większość ludzi poszukuje sukcesu materialnego to dążność ta najprawdopodobniej jest adaptacyjna czyli służy naszemu przetrwaniu poprzez odpowiednie dostosowanie się do środowiska.
Czym jednak determinowane jest owo dostosowanie? Krótko po publikacji dzieła Darwina, biologom wydawało się, że kluczowym determinantem jest przetrwanie osobnika z określonym genotypem. Osobniki z genotypem zapewniający owo przetrwanie (dłuższe życie) w danym środowisku będą się rozprzestrzeniać, a pozostałe będą wymierać. Biologowie ci jednak popełnili błąd. Nie chodzi tu bowiem o osobników ale o ich "samolubne" geny i ich reprodukcję. Nie docenili siły doboru płciowego i szczególnej kombinacji cech, które są równocześnie adaptacyjne i nie adaptacyjne. Szczególnym przykładem jest pawi ogon, który stanowi znak siły i zdrowia osobnika, ale jednocześnie jest dla niego obciążeniem, utrudniającym ucieczkę przed drapieżnikiem. Ów znak siły i zdrowia sprawia, że osobniki z dużym ogonem częściej wybierane są na partnerów seksualnych i tym samym mają więcej potomstwa, nawet jeśli krócej żyją. Dodajmy - potomstwa z dużymi ogonami. W takich przypadkach proces ewolucyjny trafia na równię pochyłą niekończącego się wyścigu zbrojeń, na końcu którego jest zagłada gatunku, a po drodze indywidualne "tragedie" nosicieli ogona, którzy za swój prokreacyjny sukces płacą wysoką cenę, rezygnując z istotnej części swojego indywidualnego dobrostanu. Ów dobrostan jest bowiem ewolucyjnie bez znaczenia jeśli nie przekłada się na liczbę potomstwa.
Niektórzy antropolodzy kulturowi są skłonni twierdzić, że nasza pogoń za sukcesem, realizowana w znacznej części poprzez naśladowanie osób, które postrzegane są jako te, które ów sukces odniosły, ma podobny charakter, choć działa nieco inaczej. Przede wszystkim adaptacyjna jest sama kultura. Jej elementem są m.in narzędzia umożliwiające nam przetrwanie w najbardziej niesprzyjających warunkach. Do powstania kultury niezbędny jest pewien poziom innowacji (mutacji kulturowych), ale przede wszystkim imitacji, która służy międzypokoleniowemu przenoszeniu wzorców. Wysoki status społeczny jest zaś (przede wszystkim u mężczyzn, ale ostatnimi czasy coraz częściej także i u kobiet) silny afrodyzjakiem. Takie osoby postrzegane są jako atrakcyjne i tym samym ich szanse na liczne kontakty seksualne z atrakcyjnymi partnerami / partnerkami oceniane są jako większe, co powinno przekładać się na reprodukcyjny sukces. Tyle że się nie przekłada.
Zjawisko spadku liczby potomstwa, które sprawiło, że katastroficzne przepowiednie demograficzne, obecne jeszcze w latach 70-tych jak na razie są dalekie od ziszczenia się, zaczęło się wraz z rewolucją przemysłową. Jego powody nie są do końca jasne i jest na ten temat wiele hipotez. Jedna z nich wiąże je jednak właśnie z ewolucją kulturową, zwracając uwagę na charakterystyczne korelaty spadku dzietności, a to:
  • Zmiana wzorca wysokiego statusu społecznego (dziedziczna władza i majątek ustępują miejsca merytokracji - statusowi zbudowanemu na indywidualnych osiągnięciach, opartych na talencie i edukacji)
  • Upowszechnienie edukacji (zwłaszcza wśród kobiet)
  • Rozwój środków masowego przekazu - gazet, czasopism, radia, telewizji, a współcześnie także mediów elektronicznych
Te dwa ostatnie elementy związane są z tzw. selektywną transmisją wzorców kulturowych, która dokonuje się poza środowiskiem rodzinnym. Edukacja oraz mass-media zwiększyły zasięg i siłę oddziaływania tej transmisji, osłabiając tym samym transmisje nieselektywną (czyli wzorce kulturowe nabywane od rodziców, które przyjmujemy "jak leci"). Ten pierwszy element związany jest zapewne z rozprzestrzenieniem się kultury burżuazyjnej, kładącej nacisk na indywidualną wolność, równość, godność ale także talent, pracę i edukację. Kultura ta pojawiła się wpierw w XVII w Holandii, a nieco później w Anglii. Jej przedstawiciele mieli ważną cechę - szybko się bogacili, uzyskując w ten sposób wysoki status społeczny. Przyjęcie tychże wzorców i ich imitacja dawały szansę na powtórzenie tego sukcesu, stąd ich szybkie rozprzestrzenianie się. Tyle, że o ile wysoki status społeczny oraz imitacja osób o tym statusie, są co do zasady adaptacyjne, to ten konkretny wzorzec wiązał się integralnie z inwestycją w większości nakierowaną na budowę tegoż statusu, niż na posiadanie i wychowanie potomstwa. Proces ten przyspieszył drastycznie wraz z upowszechnieniem edukacji kobiet, które w tym systemie wartości (rozprzestrzenianym zresztą przez publiczne szkolnictwo) również upatrywały szansę na zbudowanie własnego statusu społecznego. W tym przypadku odejście od inwestycji w potomstwo było jeszcze bardziej radykalne. Na końcu tego procesu znajdujemy się my, przeciętni, głodni sukcesu użytkownicy LinkedIn, często samotni lub w związkach partnerskich, bez potomstwa lub z potomstwem w liczbie dalekiej od naturalnej zastępowalności, które to potomstwo napotka na swojej drodze z grubsza te same wzorce. Pogoń za indywidualnym sukcesem stała się ewolucyjną pomyłką, która służyć miała zwiększonej reprodukcji, a nie służy niczemu.
Prosty wniosek byłby taki, że jesteśmy skazani na wymarcie razem z tym fragmentem kultury, którego jesteśmy nośnikami. Przetrwają tylko Anabaptyści, Amisze, ortodoksyjni Żydzi i Muzułmanie. Ewolucja kulturowa nie działa jednak w tak prosty sposób. O ile niewielkie społeczności Amiszy w Stanach Zjednoczonych dość skutecznie odcinają swoje dzieci od selektywnej transmisji kulturowej, co pozwala im wzmacniać przekaz rodzinny i faktycznie przyrastać liczebnie, to proces ten jest bardzo powolny. Społeczności muzułmańskie zaś, pomimo panicznych zapowiedzi prawicowych ekstremistów, są w większości wyjątkowo podatne na ów selektywnych przekaz. Widać to między innymi w istotnym spadku dzietności w rodzinach imigranckich w Europie w drugim i trzecim pokoleniu. Nawet jeśli zatem w owych konserwatywnych społecznościach rodzi się zdecydowanie więcej dzieci, to szanse, że w okresie ich adolescencji nie zostaną one zainfekowane memem sukcesu, są niewielkie. Z drugiej strony na obrzeżach kultury burżuazyjnej, kiełkują inne, sekularne kultury, które modyfikują model sukcesu, wiążąc go w mniejszym stopniu z materialną zamożnością i gotowe są jakąś część swoich zasobów inwestować w rodzicielstwo. Samotne matki, ojcowie, patchworkowe rodziny itp. są odpowiedzialne w części za nieco wyższą dzietność we Francji czy Szwecji.
Darwinowska analiza ewolucji jakiejś zmiennej kulturowej, oparta na uproszczonych modelach typu ABM z algorytmem genetycznym ma istotną wadę. Wymusza daleko idące uproszczenia i co prawda pozwala śledzić rozwój populacji w kolejnych pokoleniach w zależności od wag przypisywanych określonym czynnikom, ale nie pozwala na tworzenie wiarygodnych predykcji. Stąd skazani jesteśmy na nieco bardziej wyszukane i lepiej uargumentowane, ale jednak spekulacje. Niemniej kiedy następnym razem spędzimy kolejne 12 godzin pracując ciężko na nas sukces, pamiętajmy, że punktu widzenia ewolucji pielęgnujemy nasz pawi ogon, który uczynić ma nas atrakcyjnymi partnerkami lub partnerami na rynku wymiany materiału genetycznego, ale dzieci z tego najprawdopodobniej nie będzie.

sobota, 17 lutego 2018

Moja propozycja nowego patrona dla zreformowanej (jeszcze niekompletnej) Krajowej Rady Sądownictwa

 
Właśnie skończyłem korektę swojego tekstu, który ma zostać opublikowany w Polish Law Review, dotyczącego niezwykle interesującej postaci w filozofii prawa, amerykańskiego sędziego Najwyższego Sądu Federalnego, Oliviera Wendella Holmesa (1841-1935). Postaci dodajmy, zasadniczo nieznanej, poza wąską grupą filozofów prawa. Dokonując przeglądu jego dorobku odkryłem ze smutkiem, że właściwie mógłby on być patronem wszytskich prawników wspierajacych partię rządzącą, a w szczególności aktualnych kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa. Im też, nieco przewrotnie dedykuję ten krótki tekst, który być może zachęci ich do zapoznania się bliżej z tą intrygującą figurą i jego twórczością. Zainteresowanym chętnie udostępnię jedyne, niepublikowane, polskie tłumaczenie jego sztandarowego eseju The Path of the Law (tłum. Bartosz Kucharzyk).
Najprościej rzecz ujmując dwa spośród jego licznych twierdzeń na temat prawa, czynią go kandydatem na patrona zreformowanej KRS:
  1. Antyformalizm prawny, Prawo jest zjawiskiem społecznym, a nie zbiorem mniej bądź bardziej abstrakcyjnych zasad, powiązanych ze sobą określonymi regułami wykładni. W stosowanu prawa kluczową rolę odgrywa kontekst historyczny, społeczny, ale także ideologiczny i psychologiczny bagaż orzekającego sędziego. Ogłaszane uzasadnienia wyroków, które pozornie silnie akcentujące stosowane reguły prawa, stanowią wtórną racjonalizację decyzji, na podjęcie której wpływ miały przede wszystkim okoliczności faktyczne.
  2. Instrumentalizm i funkcjonalizm w podejściu do prawa. Fakt, że jest ono społecznym zjawiskiem i że poszczególne zasady tworzą się na drodze, nie do końca nadającej się do skontrolowania, ewolucji, nie powoduje, że wysiłki zmierzające do świadomego kształtowania prawa skazane byłyby na niepowodzenie. Przeciwnie, wiedza prawna i jej praktyczne, sędziowskie zastosowanie służyć ma współkreowaniu nowej, pożądanej (!) rzeczywistości społecznej.
Jak dotąd wszytsko się zgadza. Tak się jakoś bowiem podziało, że dzisiejsi obrońcy praworządności, do których zalicza się zdecydowana większość środowiska sędziowskiego czy adwokackiego (full disclosure: też się do niej zaliczam), w swojej argumentacji posługują się najczęściej literalną wykładnią przepisów konstytucji, z której (literalnie) odczytują niekontytucyjność kolejnych pomysłów legislacyjnych rządzącej partii. Przeciwna narracja zaś (pominąwszy co bardziej zabawne prawnicze sofizmaty) odwołuje się głównie do woli większość narodu, który rzekomo określonych reform oczekuje. Jako żywo przypomina to Amerykę z drugiej połowy XIX wieku, gdzie stanowa i federalana władza ustawodawcza i wykonawcza dążyła do wprowadzenia szeregu reform społecznych, które były blokowane przez konserwatywne środowiska sędziowskie, stosujące bezrefleksyjnie "mechaniczną jurysprudencję". Polegało to głównie na dopatrywaniu się sprzeczności owych reform z konstytucją. Na tym tle Holmes wyrastał na społecznego reformatora, uznając, że wprowadzanie ustawowego, maksymalnego czasu pracy dla pracowników, a osobliwie dla kobiet nie sprzeciwia się konstytucyjnej zasadzie swobody umów. "Naturalne" prawo własności może być zaś na wiele sposobów ograniczane, o ile służy to "dobru społecznemu", albo poprzez ograniczanie prawa do odszkodowania albo poprzez dopuszczalność działalności związków zawodowych, wymierzonej w interesy przedsiębiorcy - pracodawcy.
Powyższe wydaje się czynić go niemal idealnym kandydatem na patrona nowej KRS. Wywiesiwszy na sztandarach dobro narodu możemy mieć swobodę, co do niemal dowolnie pokrętnej wykładni prawa i nieograniczonej działalności "reformatorskiej". Oczywiście pozostaje pewien zgrzytający lekko problem, którego zdaje się nie zauważał sam Holmes. Czym jest owo dobro narodu, dobro społeczne czy też szerzej dobrobyt i kto jest legitymowany do jego definiowania? Pod tym względem amerykańscy prawnicy na przełomie XIX i XX wieku nie prowadzili sporów. Wychowani w benthamowskiej, utylitarystycznej tradycji byli w zasadzie co do tego zgodni. Spór dotyczył wyłącznie sposobu stanowienia i stosowania prawa, a nie oczekiwanego celu polityki społecznej. Kiedy jednak prawny instrumentalizm święcił tryumfy, jeden z realistów średniego pokolenia, Rosco Pound, miał nieprzyjemność odwiedzić III Rzeszą pod rządami Hitlera i Chiny pod rządami Czang Kai-szeka. Wówczas skonstatował, że instrumentalizm, bez wypełnienia go określonymi wartościami (okropne słowo dla realistów) może prowadzić naród (społeczeństwo?) w dość osobliwym kierunku. Późną twórczość tego ostatniego dedykuję wszystkim tym sędziom, którzy przyłączyli się do bojkotu nowej KRS. Koniec końców bowiem, nie chodzi o takie czy inne literalne odczytanie przepisu konstytucji, ale właśnie o owe wartości. Realny konflikt ma charakter ideologiczny a nie prawny, co czyni go niestety jeszcze bardziej pogmatwanym.

poniedziałek, 14 marca 2016

Dramat sprawiedliwości



Jest taki stary żydowski szmonces, w którym starozakonny świadek podczas rozprawy nieustannie zwraca się do sądu „proszę wysokiej sprawiedliwości”.  Nie przestaje używać tego zwrotu pomimo licznych napomnień ze strony sędziego. W końcu zirytowany referent krzyczy na świadka: „Tu nie ma żadnej sprawiedliwości. Tu jest wysoki sąd!” Anegdota ta wydaje nam się zabawna, gdyż w gruncie rzeczy jesteśmy przekonani o istnieniu pewnego, być może niedościgłego ideału jakim są sądy, realizujące obiektywną idee sprawiedliwości. Obiektywną, czyli istniejącą niezależnie od naszych indywidualnych przekonań i niezależnie od aktualnej koniunktury politycznej. Ale anegdota ta jest też obrazem sporu ideologicznego o istotę prawa, który został zapoczątkowany na przełomie XIX i XX wieku wraz z powstaniem różnych kierunków tzw. realizmu prawnego. Najogólniej stanowiska dot. istoty prawa, ale i poniekąd sprawiedliwości można by podzielić na owe idealistyczne, poszukujące jakiegoś kanonu  obiektywnych lub przynajmniej poznawalnych wartości, które realizowane byłyby w każdym konkretnym orzeczeniu, oraz realistyczne, które uznają, że nie ma tu czego szukać bo taki kanon  nie istnieje.  Te pierwsze przy tym wcale nie muszą przyjmować jakiegoś boskiego (czy też transcendentalnego) pochodzenia sprawiedliwości. Ich obiektywność wywodzić mogą np. z jakiś względnie stabilnych elementów natury ludzkiej, choćby ukształtowanych w procesie biologicznej ewolucji. Realiści zaś wcale nie będą twierdzić, że w danej społeczności nie istnieje jakiś, dający się wyodrębnić zestaw przekonań na temat tego, co jest a co nie jest sprawiedliwe. Tyle tylko, że ten zestaw przekonań jest zmienny, zarówno pośród członków społeczności jak i na poziomie jednostek, silnie uwarunkowany kontekstem sytuacyjnym i tym samym przynajmniej do pewnego stopnia podatny na manipulację, albo też inaczej, inżynierię społeczną. W tym miejscu rozpoczyna się dramat realistów. Konsekwentny realista, naturalista i ewolucjonista (zwykle te składowe światopoglądowe idą razem) na pytanie co jest sprawiedliwe a co nie, musi rozłożyć bezradnie ręce. O tym jakie przekonania dotyczące sprawiedliwości okażą się w jakieś perspektywie czasowej dominujące, ostatecznie zadecyduje dobór naturalny i płciowy. Przyszłe przekonania kolejnych pokoleń będą miarą słuszności naszych dzisiejszych wyobrażeń o sprawiedliwości, a to jakie to będą przekonania zależy bardziej o tego kto się będzie rozmnażał niż od tego jaki przekaz dominuje aktualnie w sferze publicznej. Analogicznie nie jesteśmy w stanie stwierdzić na chwilę obecną jakie cechy biologiczne określonego gatunku okażą się w zdefiniowanej przyszłości adaptacyjne.  W takiej perspektywie nie sposób jednak argumentować za jakimkolwiek rozwiązaniem prawnym, bez wcześniejszych, silniejszych założeń dotyczących tego co ostatecznie jest sprawiedliwe, dobre lub pożądane. Ale skąd wziąć te założenia? Pierwsi realiści albo nie zawracali sobie tym głowy, uznając, że przecież wszyscy z grubsza (czyli intuicyjnie) wiemy co jest dobre dla społeczeństwa, albo też, że przekonania te mogą być zrekonstruowane na podstawie jakiegoś badania naukowego. Potem pozostaje już tylko technika, czyli jakie narzędzia dobrać do tego aby ten zestaw przekonań urzeczywistnić. Jeśli można je zrekonstruować, to tym bardziej ich wyrazem mogą być wybory polityczne. Władza, która kieruje się taką logiką nie będzie miała żadnych zahamowań przed stosowaniem skutecznych narzędzi urzeczywistniających dominującą wizję. Zwłaszcza jeśli wizję tą, z jakiś powodów (choć z pewnością nie realistycznych) podziela. Nie będzie się przejmować jakimś trójpodziałem władzy czy rzekomą wolnością prasy.  To nie są żadne „obiektywne” wartości, za którymi przemawia jakaś racja, podważająca ową dominującą wizję. Jedynym ogranicznikiem takiej władzy będzie owa skuteczność.
I tu jest pies pogrzebany. Owa skuteczność jest co najmniej wątpliwa. Lekcja wyciągnięta z prekursorskich badań i eksperymentów  społecznych była i jest umiarkowanie zachęcająca. Zarówno identyfikacja wspólnego kanonu społecznych przekonań jak i próba ich manipulacji, czy wpływania na zachowania społeczne, okazują się nie lada wyzwaniem. Historycznie odnotowane skutki takich działań wykraczają dalece poza wyobrażalne plany społecznych inżynierów. Jest ku temu wiele powodów i nic nie wskazuje na to aby w najbliższej przyszłości sytuacja ta miała ulec istotnej zmianie. Jeśli zaczynamy jakąkolwiek rewolucję społeczną, musimy liczyć się z tym, że jej rezultaty mogą być dalekie od pożądanych. Jeśli zatem można znaleźć jakiś realistyczny czy też naturalistyczny argument przeciwko instrumentalnemu traktowaniu instytucji społecznych, to jest nim właśnie argument z ograniczonej skuteczności inżynierii społecznej. W naszym obszarze kulturowym spontaniczna „mądrość” ewolucji kulturowej, przejawiająca się w wielu pokoleniach, wykształciła instytucje, których jedyną funkcją jest hamowanie projektowanych przez władzę zmian. Towarzyszy temu zwykle jakiś silne, aksjologiczne uzasadnienie: naturalne przypisane nam prawa obywatelskie, wolność, równość, rządy prawa wyrażone w konstytucji stanowiącej najwyższą wolę narodu, itp. Z punktu widzenie realisty to tylko retoryka, przemawiająca do wyobraźni, niezbędna aby określonym instytucjom przypisać jakiś autorytet. Bez niego nie spełnią swojej hamulcowej funkcji. Nie znaczy to, że korzystają one z jakiegoś szczególnego namaszczenia, ani też że są doskonałe i niezmienne. Ale towarzyszy im pewne domniemanie skuteczności, wynikające z dotychczasowych doświadczeń. To bardzo słabe uzasadnienie, ale zawsze jakieś.
Ale gdzie tu dramat sprawiedliwości? Realistyczna, czy też silniej, naturalistyczna interpretacja prawa eliminuje z dyskursu jakiekolwiek odesłania do obiektywnej idei sprawiedliwości, wykraczającej poza jednostkowe codzienne wybory. Wszystkie idee wydają się równo uprawnione, gdyż nie mamy kryterium które pozwoliłoby którąkolwiek uprzywilejować. Jedyne które możemy zasadnie dyskryminować, to te których w danym momencie nikt nie chce. Jeśli wdrażanie którejkolwiek nieuprzywilejowanej wizji sprawiedliwości, mogłoby potencjalnie doprowadzić do realizacji idei której nikt nie chce, to rozsądnie jest zaprojektować jakieś hamulce instytucjonalne np. w postaci sądu konstytucyjnego. Problem w tym, że jego uprawomocnienie wymaga odesłania do jakieś obiektywnej idei sprawiedliwości. Dramat poniekąd przypomina społecznych badaczy nad zjawiskiem religijności, którzy będąc ateistami odkrywają, że postawa religijna sprawia że ludzie którzy ją wykazują, żyją dłużej, są bogatsi i szczęśliwsi. Ze swojego punktu widzenia nie są w stanie uczynić jakiegokolwiek użytku ze swojego odkrycia.

poniedziałek, 23 marca 2015

Jak wyjaśniamy świat?



O wyjaśnieniu naukowym miałem już okazję pisać i na blogu i w czasopismach filozoficznych (Wyjaśnienie naukowe). Zagadnienie to jednak nadal intryguje (przynajmniej mnie). Szczególnie ciekawe wydają się być podobieństwa pomiędzy niektórymi tzw. epistemicznymi koncepcjami  wyjaśnienia naukowego, a koncepcjami kognitywnymi. Najprościej rzecz ujmując i przy zastosowaniu autorskiej typologii, można powiedzieć, że te pierwsze (epistemiczne) wyjaśnienie świata  (czy też raczej zjawisk w nim zachodzących), można zredukować to jakiegoś rodzaju uporządkowania naszych, różnorakich doświadczeń, w tym także zmysłowych. Owo uporządkowanie dokonuje się w intersubiektywnym dyskursie (czyli prowadzonym pomiędzy „naukowcami”) i polega na przyporządkowaniu określonych doświadczeń do określonych, uprzednio znanych kategorii. Wyjaśnienie zatem to próba wkomponowania nieskategoryzowanych doświadczeń, w uprzednio znane schematy. W niektórych koncepcjach może ono przybrać formę tworzenia teorii lub modelu, rozumianych jako zbiór określonych stałych, zmiennych, relacji i funkcji. Zbiór doświadczeń będących przedmiotem wyjaśnienia może jednak być uporządkowany w bardzo różny sposób. Jeśli filozofia nauki może cokolwiek wnieść do rozwoju ludzkości (jakkolwiek nie rozumieć rozwoju) to mógłby to być np. postulat metodologiczny pozwalający odróżnić lepsze sposoby porządkowania od gorszych. Jedną z takich propozycji  w koncepcjach epistemicznych jest tzw. koherencja. Dana teoria może być lub nie być koherentna lub też być koherentna w mniejszym lub większym stopniu. Czymże jest koherencja? Jak to w filozofii pomysłów na jej zdefiniowanie tudzież mierzenie jest wiele. Wśród tych pomysłów powtarzają się jednak dwie istotne składowe: spójność (niesprzeczność) oraz prostota. Niesprzeczność rozumiana będzie tak jak w logice I rzędu. Jeśli w danej teorii możemy wyprowadzić formuły (zdania) wzajemnie się wykluczające, to teoria jest sprzeczna, a tym samym niekoherentna. Większy problem jest z prostotą. Znowu upraszczając i uogólniając możemy powiedzieć, że teoria jest prostsza, jeśli z mniejszej liczby aksjomatów i reguł inferencyjnych, możemy wyprowadzić większą liczbę zdań wyjaśniających. Te dwa kryteria wydają się zadziwiająco zbieżne z kognitywnymi koncepcjami wyjaśnienia opracowanymi w oparciu neuronauki. Jeśli bowiem potraktować mózg jak maszynę liczącą, która dokonuje nieustannego kategoryzowania impulsów zmysłowych, próbując na ich podstawie zbudować jakiś model wirtualnej rzeczywistości poza impulsami (którą np. postrzegamy jako świat trójwymiarowy, umieszczony w czasie), to pojawia się analogiczne pytanie, który spośród proponowanych przez mózg modeli będzie lepszy. Podobnie i tu nasz aparat poznawczy radzi sobie w analogiczny sposób, preferując modele niesprzeczne oraz prostsze. Prostota jest tu jednak rozumiana i mierzona inaczej. Mózg jako gigantyczny konsument energii w organizmie preferuje rozwiązania mniej energochłonne. Jeśli zatem może zaproponować model impuls – reakcja, który „reguły inferencyjne” zredukuje do prostych zależności i obejmie nimi szersze spektrum impulsów, jednocześnie dokonując ich automatyzacji, czyli zepchnięcia procesów analitycznych do obszarów poza-świadomych, to będzie takie rozwiązanie preferował z uwagi na jej energooszczędność.
Jeśli taka konceptualizacja wyjaśniania świata jest trafna, to płynie z niej ciekawy wniosek. Zrozumienie tego jak wyjaśniamy świat wymaga zarówno analizy owego dyskursu naukowego jak i funkcjonowania naszego umysłu. Oba modele (ten umysłowy i ten abstrakcyjny, dyskursowy) tworzą bowiem niedomkniętą pętlę, wzajemnie na siebie oddziaływając.
Powyższa problematyka była przedmiotem moich dwukrotnych wystąpień. Raz w ramach Centrum Kopernika, a raz, całkiem niedawno w ramach seminariów „Filozoficznie o ekonomii” na UAM w Poznaniu. W najbliższym czasie ukaże się także stosowna publikacja. Z pierwszego wystąpienia pozostał zapis video, który niniejszym zamieszczam.




czwartek, 27 listopada 2014

O przczynowości w ekonomii



W dniu 1 grudnia 2014 r. w Polskiej Akademii Umiejętności, ul. Sławkowska 17, 31-016 Kraków, o godz. 16.00, będzie miał miejsce mój odczyt „O przyczynowości w ekonomii”, w trakcie którego będę omawiał koncepcję przyczynowości w nauce, ze szczególnym uwzględnieniem osobliwości wynikających z nauk społecznych. Wszystkich zainteresowanych tymi zagadnieniami filozofii nauki zapraszam. Po odczycie, o godz. 18.00 będzie miało miejsce dużo mniej formalne spotkanie dyskusyjne na ten sam temat, które prowadził będzie ks. prof. Michał Heller wespół ze mną, w księgarni De Revolutionibus na ul. Brackiej, na które również, a może nawet szczególnie zapraszam. 
Zagadnienie przyczynowości obecne jest w filozofii nauki od czasów Davida Hume'a, który bodaj jako pierwszy sformułował podstawowe, do dziś aktualne założenia koncepcji przyczynowości. W jego rozumieniu miała ona charakter szczególnej konstrukcji naszego umysłu, niewiele mówiącej nam o ontologicznym charakterze relacji zachodzących pomiędzy zdarzeniami w otaczającym nas świecie. Dyskusja o przyczynowości odżyła na fali neopozytywistycznej refleksji nad nauką. Dla filozofów nauki wskazanie przyczyny określonego zjawiska lub zdarzenia stanowiło dobre wyjaśnienie naukowe, w odróżnieniu od wyjaśnienia nomologicznego (wskazanie prawa natury rządzącego danym zjawiskiem) które wydawało się wikłać w szereg paradoksów. Trzeba było tylko ustalić co to jest ta przyczyna, jak ją zidentyfikować, jaki ma ontologiczny charakter oraz jakie wnioski możemy wysuwać w sposób uzasadniony na podstawie twierdzeń przyczynowych. Próby odpowiedzi na te pytania dzielą różne szkoły filozoficzne. Szczególnie jednak interesujące wydają się te podejścia, które zostały wypracowane na przykładzie nauk społecznych. Przyczynowość wykazuje się tu bowiem osobliwościami: szczególnym mechanizmem, który leży u podstaw procesów społecznych, jego niestabilnością i tzw. niemodularnością, szczególnie utrudnioną rekonstrukcją owego mechanizmu, instrumentalnym poszukiwaniem przyczyn zjawisk i nieuchronnością decyzji.

poniedziałek, 1 września 2014

Why do firms exist?



Ronald Coese otrzymał nagrodę nobla z ekonomii za esej właśnie pod takim tytułem. Zadał sobie pytanie, którego nie zadał sobie przed nim nikt z klasycznych ekonomistów. Dlaczego właściwie istnieją firmy? Na doskonale funkcjonującym rynku organizacja taka właściwie nie byłaby potrzebna, a w każdym razie klasyczne zasady ekonomii Ricardy nie przewidywały jej istnienia. Konsumenci i producenci usług i towarów (poszczególne jednostki) w zasadzie mogłyby wykonywać przypisane im fragmenty działalności bez konieczności tworzenia systemu organizacyjnego jakim jest firma. Mozolnie przepytując kolejnych przedsiębiorców i przyglądając się ich pracy Coese sformułował do dziś obowiązującą hipotezę kosztów transakcyjnych – kosztów które towarzyszą każdej transakcji na rynku. Chociaż utworzenie i utrzymanie firmy jest kosztowne to i tak w rachunku zagregowanym prowadzi ono do obniżenia tych kosztów. Zamiast mozolnie poszukiwać szewca, który gotów byłby uszyć nam buty których oczekujemy, oraz poszukiwać właściwego dostawę materiałów na owe buty możemy po prostu udać się do sklepu, gdzie będziemy mogli wybrać spośród całej gamy dostępnych modeli, albo jeszcze lepiej, do galerii handlowej gdzie sklepów tych będzie cała gama.
Ten prosty mechanizm kosztów transakcyjnych doprowadził jednak do powstania konstruktu, który w przestrzeni społecznej zaczął żyć własnym życiem, a nawet uzyskał zestaw cech typowych dla odrębnego bytu, co gorsza silnie spersonalizowanego. Firma ma swoją misję, cel, osobowość, kulturę, dynamikę rozwoju, energię wewnętrzną itp. Język ekonomistów i menadżerów nie ujawnia w żaden sposób tej podstawowej roli przedsiębiorstwa jaką jest redukcja kosztów transakcyjnych. Szczególnie uderzające jest to w sformułowaniach wskazujących na silny emocjonalny stosunek rozmówcy do firmy („To była dobra firma, szkoda że ją tak zmarnowali.”) albo w pytaniach typu: A jak tam u was w firmie? To pytanie, zadane mi ostatnio, w istocie dotyczy, jak należy mniemać wyników finansowych, i przy nim na chwilę się zatrzymam.
Potocznym wskaźnikiem, że w firmie dzieje się dobrze, są dobre wyniki finansowe. „Dobre” nie oznacza tylko, że firma wykazuje zysk netto i dodatni cash flow, ale przede wszystkim że wykazuje się stosowną dynamiką wzrostu tychże. W firmie nie dzieje się dobrze, jeśli zysk roku bieżącego jest niższy od zysku roku poprzedniego. Magię tych cyferek oraz ich zwodniczość pokażę na trzech, dość oczywistych przykładach.
1.       Wyobraźmy sobie niezadłużoną spółkę ABC, która generuje 1 mln zł przychodów i 100 tys. zł zysku netto rocznie. Jednak w danym roku, zaciągnęła dług na kwotę 10 mln zł za który kupiła inną spółkę generującą 10 mln zł przychodów i 1 mln zł zysku netto rocznie. W ciągu roku nastąpiła tu gigantyczna zmiana na korzyść. Spółka osiąga teraz przychody w wys. 11 mln zł i zysk netto 1.100 tys zł. Niepokoi tylko pytanie o tożsamość spółki ABC. Wydaje się bowiem, że po takiej akwizycji to w zasadzie zupełne inne przedsiębiorstwo.  
2.       Wyobraźmy sobie inną spółkę inwestycyjną SI, która zakupiła akcje spółki ABC przed połączeniem. W swoim bilansie wyceni je metodą dochodową i pokaże że są one warte np. 700.000 zł (wskaźnik cena / zysk = 7). Po połączeniu jednak pokaże ich wartość, wyliczoną tym samym wskaźnikiem na kwotę 7.700 tys. zł. SI wykaże zatem wzrost zysku netto rok do roku o kwotę 7 mln zł. Jeśli SI jest w portfelu funduszu inwestycyjnego, który stosuje podobne metody wyceny, to jego zyski netto urosną jeszcze bardziej. Na rynku niby nic się nie zmieniło. Nie zredukowaliśmy żadnych kosztów transakcyjnych, żaden akcjonariusz nie otrzymał pokaźnej dywidendy, a mimo to kilka firm pokazało fantastyczne wzrosty wyników finansowych.
3.       Przykład trzeci dotyczy firmy, którą mam okazję zarządzać i o którą to ostatnio mnie zapytano. Najprościej można by odpowiedzieć w sposób wskazany powyżej i podać o ile rok do roku rosną przychody ze sprzedaży i o ile rośnie zysk brutto. Tyle tylko, że w spółce gdzie współwłaściciele na równi z pracownikami świadczą tzw. usługi profesjonalne taka informacja jest bezużyteczna. Czym więcej osób świadczących usługi tym większe przychody. Czym więcej zaś współwłaścicieli tym lepszy wynik finansowy. To co się faktycznie liczy to to, ile zarobił każdy ze współwłaścicieli z osobna (i czy jego dochód wzrósł czy zmalał), i czy się przy tym musiał dużo narobić (nie sztuka się narobić i zarobić). Innymi słowy ile kosztowała godzina jego pracy i jaka ew. część z tego przychodu przypadła na koszty ogólne. Można też szerzej zapytać, ile zarobili pracownicy w tej spółce, którzy tym samym wchodzą w krąg tzw. interesariuszy przedsiębiorstwa oraz na ile przedsiębiorstwo to było konkurencyjne na rynku (na ile zredukowało owe koszty transakcyjne).
Powyższe przykłady uświadamiają, że firma, tak jak opisał to Coese, jest tylko punktem pośredniczącym pomiędzy uczestnikami rynku. Firma spełnia swoją rolę reduktora kosztów transakcyjnych gdy ma wielu klientów, którzy postrzegają ją jako atrakcyjną cenowo na rynku oraz gdy jej współwłaściciele zarabiają na szeroko rozumianej dywidendzie. Dywidenda czy wypłaty z zysku powinny być co do zasady wskaźnikiem efektywności organizacyjnej. Czynienie z firmy odrębnego bytu, silnie spersonalizowanego, uruchamia szczególne pokłady naszych emocji i rychło prowadzi do spekulacyjnych baniek.
Na koniec istotne zastrzeżenia. Nie chciałbym aby powyższe przykłady zostały zinterpretowany jako argument przeciwko analizie finansowej przedsiębiorstwa, albo przeciwko wycenom metodą dochodową. W zasadzie dokonując oceny firmy, czy określonego sektora gospodarki nie dysponujemy żadnym innym narzędziem poza analizą finansową opartą niejednokrotnie o dane szacunkowe lub statystyczne. Próby ocen intuicyjnych („To dobra firma bo wszyscy się w niej dobrze czujemy”) są skazane na porażkę, podobnie jak intuicyjna, emocjonalna ocena czy interpretacja bardzo prostych wskaźników finansowych.